1 February 2014

Chiński Nowy Rok w Chiang Mai


Z Bangkoku wybraliśmy się do Chiang Mai pociągiem "Special Express", powiedziałabym "especially slow", jedzie 12 godzin jeśli jest punktualnie, a to się chyba nigdy nie zdarza :-) Generalnie spóźnia się co najmniej godzinę. Ale za to w cenie biletu są snacki z napojami (rano i po południu) oraz lunch! Zupełnie smaczny :-)
Chiang Mai, podobnie jak Bangkok, w przygotowaniach do święta, wybraliśmy się więc w czwartek do tutejszej chińskiej dzielnicy oglądnąć noworoczny targ. Oczywiście masa ludzi, setki stoisk z najrozmaitszymi specjałami, wszystko pachnie i nęci. Dzieciaki w odświętnych czerwonych strojach, sprzedawcy balonów i gadżetów, generalnie radosna, festynowa atmosfera. 
Chiang Mai jest Mekką turystów, nie tylko jest tu wiele do zobaczenia, można się zapisać na kursy: gotowania, jogi, masażu, sztuk walki itp... Wiele osób spędza tu całe tygodnie odpoczywając w znacznie bardziej przyjaznym klimacie, sącząc piwo w malutkich knajpkach i relaksując się. My postanowiliśmy zadbać o nasze zmęczone ciała i codziennie fundujemy sobie masaże w świątyni. Fantastyczne!

We travelled north to Chiang Mai by the famous Chiang Mai Special Express, famous for beeing especially slow. It  is normally 12 hours, but it is never on time. The ticket includes 3 meals, a filled sweet bun witgh tea/coffee in the morning, then lunch - a soup, curry and rice, always luke warm bordering cold, then another similar afternoon snack of a bun and tea/coffee.
We are staying in the same hotel, as last year and 3 years ago in the Old Town. Chinese New Yaer started on Thursday, we went to the Chinese Quarter to the New Yaer Market with dozens of stalls selling all kinds of food including the creepy crowlies and other bugs.
It is very laid back in Chiang Mai, much cololer then in Bangkok, and we enjoy a foot massage every day in one of the local temples.

Poniżej zdjęcia z targu z Chińskiej dzielnicy
























Lunch w pociągu


28 January 2014

Początek podróży i przygotowania do chińskiego Nowego Roku!


Azja przyciąga nas jak magnes. W zasadzie, już od powrotu z każdej podróży planujemy następną :-) Te pięć tygodni postanowiliśmy podzielić między nasze ulubione miejsca. Nie może się obejść bez Bangkoku (wiem, już pisałam o nim kilka razy podczas poprzednich wizyt w tym mieście, więc nie będzie tym razem ani słowa o zabytkach, choć takowe zwiedzamy), potem północ Tajlandii, stamtąd dosyć szybko przeniesiemy się do ukochanego przez nas Penangu a na koniec plaża dla relaksu. Postanowiłam skoncentrować się więcej na lokalnych specjałach i na ogólnych wrażeniach, w nadziei, że kiedyś te notatki zainspirują jakiegoś miłośnika egzotycznej kuchni do wyprawy w te rejony.
Tak więc od początku! W niedzielę po południu wylądowaliśmy w Bangkoku, nie muszę dodawać, że po blisko 24 godzinnej podróży byliśmy nieco zmęczeni. W tej części świata trwają gorące przygotowania do chińskiego Nowego Roku, który przypada w najbliższy piątek. Wszędzie dekoracje, czerwone lampiony (jak na zdjęciu powyżej) i gorączkowe zakupy w świątecznej atmosferze. Zastanawiałam się jak będzie wyglądał ten nasz pobyt tym razem, bo być może doszły Was słuchy o protestach i ogólnie niestabilnej sytuacji politycznej. Pani premier oskarżana o korupcję ustąpiła i wyznaczono wybory na gdzieś na przyszły tydzień. Fale protestów od paru miesięcy coraz bardziej paraliżują stolicę (generalnie cała prowincja popiera byłą premier), tak więc znó dane jest mi odwiedzać to miasto w wyjątkowej sytuacji. Bodajże półtora roku temu byłam tutaj podczas największej współczesnej powodzi w tym kraju i dosłownie cały Bangkok stał w gotowości do wielkiej wody, która zalała wiele dzielnic a w całym mieście zgromadzono miliony worków z piaskiem, które chroniły wszelakie możliwe posesje. Tym razem coś na kształt małej rewolucji... Ale w tajskim stylu :-) To zasadniczo pogodny naród, do tego świetnie zdający sobie sprawę jaką rolę odgrywa w ekonomi turystyka i nikt tu specjalnie nie może sobie pozwolić na jakieś dramatyczne i agresywne rozwiązania by nie podciąć gałęzi na której siedzą. Już podczas wspomnianej powodzi miliony turystów odwołało swoje przyjazdy i prócz kosztów związanych ze wszelkiego rodzaju stratami powodziowymi, doszła bardzo trudna sytuacja na rynku turystycznym, na szczęście tylko przejściowa. Obecnie niezbyt wiele słychać w światowych mediach o sytuacji w Tajlandii a w Bangkoku w szczególności, nikomu nie zależy by to nagłaśniać i rzeczywiście protesty są generalnie pokojowe. By wymusić swoje racje protestujący okupują niektóre rządowe budynki i coraz bardziej blokują miasto, co rzeczywiście jest niezmiernie uciążliwe. Wystarczy sobie wyobrazić, że w tym i tak wiecznie zatłoczonym i zakorkowanym mieście od tygodnie wyłączone są dla ruchu główne skrzyżowania. W kilkunastu newralgicznych punktach miasta protestujący zbudowali ogromne sceny z nagłośnieniem, ponad nimi olbrzymie zadaszenia i na okrągło słychać bądź muzykę (koncerty na żywo lokalnych artystów) bądź agitację polityczną. W parkach i na ulicach powstały miasteczka namiotowe, a na zamkniętych dla ruchu arteriach jak grzyby po deszczu wyrosły setki straganów, gdzie handluje się dosłownie wszystkim i nie brakuje oczywiście jedzenia. Nastrój jest piknikowy, tłumy ludzi, nie wyłączając wielu turystów spaceruje, słucha i generalnie sprawia to bardziej wrażenie majówki. Nie można jednak zapominać, że i nawet w tym bardzo spokojnym narodzie występują frakcje bardziej radykalne i doszło do pojedynczych utarczek z policją, gdzie oberwała właśnie policja (mająca zakaz użycia siły) i wybuchło również parę bomb. Jedynym środkiem transportu, działającym bez zarzutu jest tak zwany "sky train" (kolejka zbudowana ponad dachami na estakadzie) i metro, no i oczywiście tramwaje wodne kursujące po głównej rzece (Chao Phraya). Na udało się bezboleśnie poruszać po mieście, choć kilka razy utknęliśmy w mega korkach. Poniżej parę fotek z demonstacji:





A z doznań kulinarnych? Cóż, zaczęliśmy od klasyki czyli "pad thai" - makaronu ryżowego smażonego z różnymi dodatkami (to pierwszego wieczoru), potem wczoraj na lekki lunch obowiązkowo zupa (oj, często o niej marzę w Polsce!) z nudlami i różnorakimi dodatkami. Wprost przepadam za nią! Tajowie jedzą taką zupkę na śniadanie, na obiad lub na kolację :-) Można ją dostać wszędzie, niemalże na każdym rogu i o każdej porze.


 A wieczorem udaliśmy się do dzielnicy chińskiej, gdzie jedna z głównych ulic o zmierzchu przechodzi transformację i staje się wielkim bazaro-restauracją, ze stolikami szczelnie wypełniającymi każdy centymetr chodnika i częściowo jezdnię (więc trzeba bardzo ostrożnie lawirować między stołami, ludźmi i samochodami). Po wcześniejszych konsultacjach udaliśmy się do najbardziej polecanej restauracji z "sea foodem" w mieście - "T&K Sea Food" (oczywiście chodzi o wszelakie ryby i owoce morza) Sama restauracja nie jest wielka, ma klimatyzowane wnętrze, lecz któż by wieczorem chciał się zamknąć w czterech ścianach i pozbawić się możliwości rozkoszowania się wyjątkową atmosferą ulicy? Cały róg gęsto zastawiony jest stolikami, między którymi krąży obsługa i co chwilę donosi parujące, świetnie przygotowane dania. Wybór był niesłychanie trudny! I tu zdałam się na intuicję mojego męża, który w sprawach ryb i temu podobnych jest specjalistą. Zamówiliśmy porcje grillowanych bardzo dużych krewetek, który były tak świetnie przygotowane, że wprost rozpływały się w ustach! Niesamowicie soczyste i aromatyczne zachwyciły nas bez reszty! Potem kalmary w panierce :-) I tu podobnie, pyszne, delikatne i soczyste krążki kalmarów... Kto jada takie rzeczy wie jak często słaby kucharz zepsuje kalmara i w efekcie biedne stworzenie konsystencją przypomina gumę i jest ciężkie do przeżucia.Na koniec wjechała ryba z grilla (grillowana w folii). Jedynym dodatkiem była zwinięta wewnątrz trawka cytrynowa. I również w tym przypadku nie było rozczarowania, ryba była wilgotna, soczysta, aromatyczna i mięciutka i nie muszę dodawać, że zniknęła w mgnieniu oka. Jednym słowem kolacja doskonała! Każdemu planującemu wizytę w tym mieście gorąco polecam!!! Poniżej oczywiście kilka fotek z naszej uczty!






A jako dodatek, zamówiliśmy "zieleninę" ("morning glory" o ile się nie mylę) ze świeżymi grzybkami i świeżym mięskiem kraba w rewelacyjnym, aromatycznym sosie!




No a dziś, podczas spaceru przez uliczki chińskiej dzielnicy, nie mogłam przejść obojętnie obok mojego kolejnego ulubionego specjału, szaszłyczków z wieprzowych kawałeczków, tzw "satajów", przygotowywanych przez uroczą młodą dziewczynę na grillu w słodkim sosie :-)


Bangkok ma to do siebie, że trudno być tu obojętnym, trudno nie zachwycić się tym miastem, a jednocześnie po dwóch-trzech dniach nachodzi większość odwiedzających nieodparta potrzeba opuszczenia tego miejsca, głównie ze względu na zgiełk, hałas i ogólne znużenie tempem tego miasta. Jutro ruszamy więc dalej, na północ do Chiang Mai!


Arrived once again in Bangkok! Hot, humid and busy as usual but a bit different this time. This is due to the political demonstrations. The protesters are trying to oust the current PM. Large parts of the city center are completely closed to traffic. The protesters have built enourmous tented camps. On the one near where we are staying they have erected a big stage where there is entertainment and political speaches throughout the day and night. Typical of the Thais, where there is money to be earned, food stalls, stalls selling clothing, nick nacks and odds and ends, have appeared all around and to the onlooker it looks more like a festival that a demonstration (photos above). So far it doesn't seem to affect the tourists. Although this is not our first time in Bangkok, there are still lots of new  places to explore, mostly food orientated. This time one evening we went to Chinatown to a seafood restaurant which is supposedly best in Bangkok. They were correct! We had an absolute magic meal, beautifully cooked (see photographs) and then we had a stroll around the area.
We also tried street food, which really is our favourite, once again see the photoes. Chinese New Yaer is approaching (31st January, the Year of the Horse is coming) and Chinatown and other parts of the city are preparing for this festival.
We are moving north to Chiang Mai by the "Special Express", which takes over 12 hours and is invariably late. More to follow.

24 January 2014

Linguini ze szpinakiem i gorgonzolą


Pyszne, proste danie. To nasz ostatni domowy obiad :-) Jak co roku o tej porze wybieramy się w podróż, oczywiście znowu do Azji. Niestety tym razem na krócej, ale nawet pięć tygodni wystarczy, żeby nacieszyć się innym klimatem, fantastycznym jedzeniem i ogólnym relaksem! Tak więc jutro wylatujemy do Bangkoku, spędzimy jakieś dwa tygodnie w północnej Tajlandii (tak wiem, znowu! Ale jesteśmy już trochę uzależnieni od tej części świata!), potem lecimy na tydzień na Penang (w Malezji), a potem wracamy do Tajlandii nad morze, żeby odpocząć i nabrać sił przed powrotem do polskiej zimy! Jak zwykle pojawią się wpisy i relacje z różnych ciekawych miejsc, więc zapraszam do odwiedzania bloga!
A dziś obiad na szybko - linguini (oj, kiedy my znowu zjemy coś włoskiego?!) z pysznym sosem ze szpinakiem i gorgonzolą.

Linguini ze szpinakiem i gorgonzolą

250 gr makaronu np. lingini
pęczek świeżego szpinaku lub jak w tym przypadku ok. 200 gr mrożonego (liści)
2 ząbki czosnku, pokrojone na cienkie plasterki
1 cebula drobno posiekana
2 łyżki oliwy
ok. 50 gr sera gorgonzola (najlepiej pikantnego)
250 ml śmietanki 18 %
sól/peiprz do smaku

Makaron gotujemy al dente i w tym samym czasie przygotowujemy sos. Najpierw na oliwie smażymy cebulkę aż się zeszkli, potem dodajemy czosnek i po chwili szpinak, smażymy mieszając kilka minut. Dolewamy śmietankę i dodajemy ser pokrojony na kawałki. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Sos powinien nam lekko zgęstnieć. Ugotowany i odcedzony makaron wrzucamy na patelnię z sosem, mieszamy i nakładamy. Gotowe!

16 January 2014

Wolniutko duszony królik


Po wielu latach wygrzebaliśmy z piwnicy nasz "Slow Cooker", czyli urządzenie które mój drogi mąż przywiózł lata temu z Anglii. Slow Cooker działa na prąd i składa się z ceramiczego naczynia z pokrywką, które umieszczone jest w obudowie, która to posiada wewnątrz urządzenie grzewcze. Przełącznik umożliwia duszenie w dwóch temperaturach - High i Low i to tyle. Proste, zużywa bardzo mało prądu i cała idea jest taka, żeby rano sobie wstawić produkty do środka, włączyć i po powrocie do domu mamy obiad gotowy. Temperatury są stosunkowo niskie i mięso w ten sposób przygotowane jest mięciutkie i bardzo soczyste. Można w ten sposób przygotować całego kurczaka, kawałek karczku wieprzowego, filet z indyka itp - dla urozmaicenia dodając różne warzywa czy przyprawy.
Na pierwszy ogień do slow cookera trafił królik :-)

Wolno duszony królik

1 cały królik, pokrojony na kawałki
parę łyżek oleju
12 ząbków czosnku, obranych
6 małych cebulek obranych
kilka gałązek świeżego tymianku
2 listki laurowe
150 gr wędzonego gotowanego boczku pokrojonego w kostkę (ok. 1 cm)
5-6 ziarenek pieprzu
1 szklanka białego wytrawnego wina
1 szklanka bulionu/rosołu
sól do smaku

Cebulki, czosnek, pieprz, połowę boczku i połowę gałązek tymianku układamy na dnie naczynia (elektryczny slow cooker), lub do naczynia żaroodpornego. Kawałki królika obsmażamy na patelni na oleju by się lekko zbrązowiły ze wszystkich stron. Kawałki królika układamy w naczyniu, zalewamy winem i bulionem, posypujemy resztką boczku i na wierzch układamy pozostały tymianek. Solimy nieco, przykrywamy i dusimy w urządzeniu Slow Cooker 4 godziny na ustawieniu "high"" i kolejne 4 na ustawieniu "low". Jeśli nie dysponujemy takim urządzeniem, proponuję przykryć naczynie żaroodporne i włożyć do piekarnika do niskiej temperatury - ok. 120 C i dusimy 4-5 godzin. 
Gdy mięso jest już miękkie i z łatwością odchodzi od kości, wyciągamy gałązki tymianku, a królika podajemy wraz z cebulkami i boczkiem, polanego powstałym w wyniku duszenia sosem.

9 January 2014

Rozgrzewająca zupa pomidorowa z soczewicą


Choć prawdziwej zimy na razie nie widać, niemniej jednak taka pyszna zupka świetnie nadaje się na obiad. Ma piękny kolor i zapach, a do tego jest syta i rozgrzewająca. 

Zupa pomidorowa z soczewicą

2-3 łyżki masła
1 duża cebula drobno posiekana
3-4 cienkie plasterki wędzonego boczku pokrojone w małą kostkę (w wersji wegetariańskiej oczywiście można pominąć)
połówka dyni  butternut squash, lub kawałek innej dyni - obranej i pokrojonej w kostkę jak mrożona marchewka - około 300 gr miąższu
175 gr czerwonej soczewicy
1 litr bulionu/rosołu/wywary warzywnego
1 litr pomidorowego sosu najlepiej własnej roboty (jak tutaj) lub 2 puszki pomidorów - pomidory zmiksować wpierw w blenderze na pure.
sól/pieprz do smaku
świeża natka pietruszki posiekana do podania

W dużym rondlu podsmażamy chwilę boczek by się lekko zrumienił, dodajemy masło i następnie cebule. Smażymy mieszając aż cebula się zeszkli. Dodajemy pokrojoną w małą kostkę dynię i smażymy mieszając jeszcze parę minut. W tym czasie dokładnie płuczemy soczewicę. Dodajemy ją do rondla, mieszamy, zalewamy pomidorami i bulionem i gotujemy ok. 15 minut aż dynia będzie miękka i soczewica ugotowana. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Gotowe!
Zupę przed podaniem posypujemy posiekaną natką pietruszki :-)

24 December 2013

Pyszna angielska pieczona szynka na Święta


Chciałabym, wszystkim tu zaglądającym, życzyć radosnych, spokojnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia i wielu wspaniałych kulinarnych kreacji w Nowym Roku!
Wraz z życzeniami przedstawiam dziś angielską klasykę świąteczną, bo indyk to nie jedyne danie przygotowywane w Wielkiej Brytanii na święta. Tak więc dziś będzie o szynce, nie takiej zupełnie zwyczajnej, bo gotowanej i pieczonej i podawanej na gorąco wraz z pieczonymi warzywami. Szynka taka nazywa się "gammon" i występuje w wersji zwyczajnej i wędzonej. Nasz "gammon" przyjechał z nami z Anglii jeszcze w listopadzie i oczywiście pozostały nam już tylko wspomnienia :-). Gotowe szynki, najczęściej bez kości, ale tradycyjnie oczywiście również z kością i koniecznie z tłuszczykiem i skórką, kupuje się gotowe, już odpowiednio zapeklowane i ewentualnie uwędzone i pozostaje jedynie ją ugotować i upiec. Poniżej klasyczny przepis na taką pachnąca, przepyszną szyneczkę :-)

Gammon - pieczona szynka na Święta

1 szynka (gammon) ok. 2 - 2,5 kg
1 cebula
1 marchewka
2 listki laurowe
6 ziarenek pieprzu
garść goździków

marynata:
2 łyżki miodu
2 łyżki ostrej angielskiej musztardy

Szynkę wkładamy do rondla z zimną wodą i zagotowujemy. Wyciągamy szynkę, wodę wylewamy i szynkę ponownie zalewamy w rondlu zimną wodą, tym razem dodajemy obraną cebulę,  obraną i pokrojoną na kilka kawałków marchewkę, listki laurowe, ziarenka pieprzu. Przykrywamy pokrywką i zagotowujemy. Skręcamy płomień i gotujemy 20 minut na każde pół kilo szynki, czyli w przypadku 2 kilogramowej szynki - 80 minut. Szynkę wyciągamy i odstawiamy na bok by chwilę przestygła. Rozgrzewamy piekarnik do 200 C. Delikatnie zdejmujemy cienką wierzchnią warstwę skóry, by pozostał nam cały tłuszczyk, delikatnie nacinamy tłuszcz nożem w kształt rombów i w każdy taki romb wbijamy goździki. Szynkę układamy na blasze do pieczenia i smarujemy połową marynaty (używając pędzelka). Szynkę wkładamy do piekarnika i pieczemy 10 minut, po tym czasie wyciągamy i smarujemy resztą marynaty, pieczemy kolejne 10-15 minut aż szynka nabierze pięknego rumianego koloru! Wyciągamy, odstawiamy na ok. 15 minut przed pokrojeniem i podaniem. Szynkę serwujemy najlepiej z pieczonymi warzywami, pokrojoną w dosyć cienkie plastry. Świetnie pasuje do niej nasza tradycyjna żurawina :-) Smacznego!

Szynka (gammon) w stanie surowym:


Szynka po ugotowaniu i po pierwszym smarowaniu marynatą:






Gotowa szynka już po upieczeniu :-)


22 December 2013

Nasz przedświąteczny weekend w Berlinie



Ostatnio zdarzają nam się bardzo spontaniczne decyzje i tak było i tydzień temu. Zarezerwowaliśmy samolot, hotel i w sobotę tydzień temu wybraliśmy się do Berlina. Dla mnie to pierwsza wizyta, aż wstyd się przyznać, bo z Krakowa do Berlina nie jest aż tak daleko ;-) Mój mąż spędził w Berlinie trochę czasu, choć było to bardzo dawno temu i służył mi tym razem jako przewodnik. Prawdę mówiąc już od paru lat wspominaliśmy, że fajnie byłoby się wybrać gdzieś przed Świętami, zobaczyć targi Bożonarodzeniowe u naszych zachodnich sąsiadów, no i stało się. Jak tylko zarezerwowaliśmy nasz wyjazd zaczęłam szperać po internecie i szukać informacji o Berlinie i o tym co ciekawego można tam zobaczyć. Tak więc okazało się, że w Berlinie jest niezwykła liczba różnych targów i kiermaszów Bożonarodzeniowych, aż trudno w to uwierzyć, ale jest ich aż 60! Tak sześćdziesiąt! Niektóre tylko parodniowe ale jest też ponad dwadzieścia takich, które trwają przez cały grudzień, w tym jakieś 8-10 rzeczywiście dużych w różnych częściach miasta. Wszystkich zobaczyć się nie da, ale postanowiliśmy odwiedzić te najbardziej znane - od ogromnego targu w Spandau, przez Alexander Platz, Kaiser Wilhelm Kirche. Charlottenburg, Gendarmenmarkt, Potsdamer Platz, Opernpalais a skończyliśmy w Kulturbrauerei - i ten podobał nam się ogromnie, bo został zorganizowany na terenie ogromnego starego browaru przekształconego w centrum kulturalne. Wszędzie roztaczały się kuszące zapachy kiełbasek, słodkości, prażonych orzechów i oczywiście grzanego wina! Dużo też handlarzy sprzedających świąteczne dekoracje, rzemiosło artystyczne i różne inne bibeloty. Oczywiście każdy z tych targów miał atrakcje dla dzieci, różne piękne karuzele czy lodowiska. Wszędzie tłumy ludzi i fantastyczna atmosfera. Wieczorami wybieraliśmy się do lokalnej (nieturystycznej) restauracji by popróbować lokalnych specjalności. I tu muszę od razu zaznaczyć, że i kaloryczność i porcje są jedynie dla silnych duchem i ciałem ;-) Ale jako, że mieliśmy w planach jedynie trzy noce w tym mieście, więc zdecydowaliśmy się zapomnieć o zdrowym żywieniu na ten krótki okres i poszaleliśmy! Zaczęło się od klasyki czyli "curry wurst" - jest to pikantna kiełbaska na gorąco z frytkami i oczywiście z pomidorowym sosem curry. Potem była.... golonka (tutaj prawie, że poddaliśmy się, bo golonka była olbrzymia, w sam raz dla ciężko pracującego fizycznie mężczyzny) i lokalne kluski z serem "spaetzle". Wszystko pyszne, koniecznie popite lokalnym piwem :-)
By było też i coś dla ducha, wybraliśmy się do Pergamon Museum, odwiedziliśmy też ciekawy i egzotyczny targ turecki, który odbywa się dwa dni w tygodniu. 
Wrażenie ogólne? Ogromnie nam się podobało! Zachwyciły mnie w Berlinie piękne, gęściutkie prawdziwe choinki, które zdobiły sklepy, restauracje i hotele, Byłam pod wrażeniem punktualności i wydajności środków transportu publicznego. Gdy tylko wyciągałam mapę, by zorientować się jak trafić w jakieś miejsce - od razu ktoś podchodził i oferował pomoc. No i fantastyczne targi Bożonarodzeniowe w każdym zakątku Berlina! Gorąco polecam odwiedzenie tego miasta! A poniżej moje fotograficzne impresje :-)



I targi w różnych częściach miasta






Różne smakowitości sprzedawane na targach


 





Poniżej różne specjały na tureckim targu


No i nasze pyszne kolacje :-) Curry wurst, klasyczna golonka z kapustą i spaetzle (kluski) z serem





8 December 2013

Rozgrzewająca tajska zupa z dyni


Najlepszym sposobem na rozgrzanie się w chłodne zimowe dni jest zupa :-) U nas obowiązkowo na obiad tak od końca października aż do wiosny! Dziś proponuję pyszną, rozgrzewającą, gęstą zupę z dyni. Zupa rzeczywiście jest dosyć ostra więc, jeśli ktoś jest "wrażliwy" radzę zmniejszyć nieco ilość pasty curry.

Rozgrzewająca tajska zupa z dyni

700-800 gr miąższu dyni
2-3 łyżki oleju
1 cebula pokrojona na cienkie plasterki
1 łyżka startego świeżego imbiru
1 świeża trawka cytrynowa, (grubszy koniec lekko rozgnieciony)
2 łyżki tajskiej czerwonej pasty curry
ok. 200 ml mleczka kokosowego
ok. 500 ml wywaru warzywnego lub drobiowego
świeży sok z limonki i cukier do smaku
q świeże chilli zielone lub czerwone pokrojone na cienkie paseczki - do przybrania

Dynię kroimy na małe kawałki, smarujemy połową oleju, posypujemy solą, układamy na blasze i pieczemy w 200 C ok. 30 minut (aż dynia będzie miękka i lekko zrumieniona). 
W rondlu rozgrzewamy pozostały olej, dodajemy, trawkę cytrynową, imbir i cebulę, smażymy mieszając przez 5-8 minut, aż cebula się zeszkli i będzie miękka. Dodajemy pastę curry, smażymy mieszając 1 minutę, dodajemy następnie pieczoną dynię, prawie całe mleczko kokosowe i wywar warzywny/drobiowy. Wszystko gotujemy ok. 5 minut, potem wyciągamy trawkę cytrynową a resztę miksujemy blenderem. Doprawiamy do smaku solą, pieprzem, sokiem z limonki i cukrem. Zupę podajemy skropioną mleczkiem kokosowym i posypaną plasterkami chilli.

1 December 2013

udziec jagnięcy wolno pieczony


Z Anglii przywieźliśmy różne pyszności, w tym również udziec jagnięcy :-) Ponieważ cała noga była zbyt duża, udało nam się ją przekroić na pół i jedną część upiekliśmy według przepisu Lorraine Pascale. By mięso było miękkie, soczyste i odchodziło samo od kości trzeba je piec długo i niestety, gdy wyciągnęliśmy jagnięcinę z piekarnika, zrobiło się ciemno i nie udało mi się już zrobić przyzwoitego zdjęcia upieczonego mięsa. Wierzcie mi, że wyszło przepysznie! Trzeba jednak brać pod uwagę, iż mięso dosyć kurczy się podczas pieczenia.

Wolno pieczony udziec jagnięcy
Slow roast leg of lamb

połowa udźca jagnięcego z kością (ok. 1 kg)
sól/pieprz
2 czerwone cebule
8 ząbków czosnku
4 gałązki świeżego rozmarynu
4 listki szałwi (świeże)
2 listki laurowe
400 ml białego wina wytrawnego (Chardonnay)
parę łyżek miodu


Jagnięcinę wyciągamy  odpowiednio wcześniej z lodówki, by mięso doszło do temperatury pokojowej. Nagrzewamy piekarnik do 150 C. Jagnięcinę umieszczamy w rondlu lub żaroodpornym naczyniu, dobrze przyprawiamy solą i pieprzem ze wszystkich stron, dodajemy cebulę (obraną i pokrojoną na ćwiartki), obrane ząbki czosnku, gałązki rozmarynu, listki szałwi i listki laurowe. Zalewamy wszystko winem i po wierzchu polewamy miodem. Naczynie przykrywamy i wkładamy do piekarnika na 4 godziny. Sos z pieczenia przelewamy do rondelka, zagęszczamy mąką ( w Anglii używa się mąki kukurydzianej - corn flour). Upieczone mięso kroimy w plastry i podajemy, najlepiej z pieczonymi ziemniakami, polane sosem. Do jagnięciny świetnie komponuje się jako dodatek sos miętowy.



23 November 2013

Krótkie wakacje na wyspach


No więc zupełnie nieplanowanie i niespodziewanie zdecydowaliśmy się na szybki wypad na wyspy by odwiedzić rodzinę i znajomych i załatwić kilka spraw. Pogoda o dziwo była bardzo ładna, kilka dni świeciło słońce, co nieczęsto się zdarza w tamtych okolicach. Odwiedziliśmy centrum Birmingham, gdzie od ponad tygodnia królują Frankfurckie Targi Bożonarodzeniowe, te same jak co roku, bardzo kolorowe i tłumnie odwiedzane. Zatrzymaliśmy się  w Solihull u znajomego,w bardzo ładnej okolicy, w typowym angielskim domku z ogródkiem. Odwiedziliśmy też Coventry, kilkanaście kilometrów na południe. To historyczne miasto szczyciło się posiadaniem jednego z największych gotyckich kościołów w Anglii. Niestety w czasie II wojny światowej miasto było wielokrotnie gnębione nalotami i bomby zniszczyły dużą część historycznego centrum. Oczywiście nie mogło się też obejść bez klasyki kuchni angielskiej, więc chadzaliśmy spróbować : fish and chips, angielskie śniadanie (tylko dla wytrwałych ;-)), czy pyszną jagnięcinę (na zdjęciu powyżej). Zrobiliśmy też zakupy by móc uzupełnić domowe zapasy przypraw, zaopatrzyliśmy się w prezenty świąteczne dla rodziny, przywieźliśmy różne pyszne sery, kiełbaski i cały świeży udziec jagnięcy :-) Ale o tym następnym razem :-)

Poniżej centrum Birmingham


Targi Bożonarodzeniowe w centrum Birmingham rozpoczęły się ponad tydzień temu. Jak co roku handlarze przyjeżdżają z Frankfurtu i rozkładają swoje stragany na głównej handlowej ulicy miasta.


Nowa Biblioteka otwarta tego roku w centrum Birmingham. Na najwyższym piętrze tego nowoczesnego budynku można odwiedzić taras widokowy, skąd roztacza się piękna panorama miasta.


A poniżej główny targ w centrum miasta, zawsze zaglądamy tam by zrobić zakupy i nacieszyć oczy produktami, których u nas się nie uświadczy.


Odwiedziliśmy też pobliskie Coventry, słynne ze swojej wspaniałej, ogromnej gotyckiej katedry, zbombardowanej w czasie II wojny światowej. Kościoła nie odbudowano, lecz tuż obok wzniesiono nowoczesną katedrę.





I na koniec centrum Solihull, na południe od Birmingham, gdzie zatrzymaliśmy się u znajomych.