16 April 2014

Bułeczki pszenne razowe

Dziś chciałabym podzielić się przepisem na smaczne i zdrowe bułeczki. Niedawno kupiłam świetną mąkę pszenną z pełnego przemiału "Basia". Jest drobno mielona i ciasto wychodzi gładkie i elastyczne. Od kilku tygodniu dosypuję ją do moich chlebów i bułek. Z pewnością takie bułeczki są zdrowsze, a przy tym bardzo smaczne.

Bułeczki pszenne razowe

250 gr mąki pszennej razowej lub z pełnego przemiału ("Basia")
250 gr mąki pszennej chlebowej
10 gr soli
15-20 gr drożdży świeżych
300 ml ciepłego mleka
1 łyżka rozpuszczonego masła
2 łyżki aktywnego zakwasu

Mieszamy mąki, dodajemy sól. W ciepłym mleku rozpuszczamy drożdże, dodajemy masło i zakwas i mieszamy z mąką. Zagniatamy ciasto (w razie potrzeby dodajemy odrobinę więcej mleka lub mąki, by uzyskać właściwą konsystencję) i wyrabiamy aż stanie się elastyczne i gluten się dobrze rozwinie. Formujemy kulę i odstawiamy do miski, przykrywamy i zostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia na około 45 minut, aż ciasto podwoi swoją objętość. Odgazowujemy (wykładamy na stolnicę i ugniatamy palcami) ponownie tworzymy kulę i znowu zostawiamy do wyrośnięcia. Można powtarzać 2-3 razy. Dobrze wyrośnięte ciasto wykładamy na stolnicę, dzielimy na 10-12 kawałków, formujemy bułeczki i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Przykrywamy lnianą ściereczką i folią. Zostawiamy w cieple aż bułeczki wyrosną - ok. 30 minut. Gotowe bułeczki smarujemy po wierzchu mlekiem i posypujemy na przykład makiem (wedle upodobania). Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 220 C i pieczemy ok. 15-20 minut. Zaglądamy do bułeczek, żeby się nie przypiekły zbytnio. Gdy się zrumienią wyciągamy i studzimy na kratce. Gotowe!


15 April 2014

Humus z kolendrą i cytryną


Bardzo lubimy różne zakąski i humus jest jedną z nich. Robiliśmy już parokrotnie klasyczny, a dziś dla odmiany bardziej cytrynowy i z dodatkiem kolendry. Pyszny! Wiem, wiem, powinno się gotować samemu cieciorkę, bo jest znacznie lepsza, lecz z puszkową jest dużo mnie pracy. Tak więc poniżej polecam szybki przepis na aromatyczny humus!

Humus z kolendrą i cytryną

1 puszka ciecierzycy ( 400 gr)
! duży ząbek czosnku, posiekany
1 -2 łyżek greckiego jogurtu
1 1/2 łyżki pasty tahini
2 łyżki oliwy extra vergine z oliwek + łyżka do polania na końcu
1 cytryna - skórka starta oraz sok
sól do smaku
1 pęczek świeżej kolendry - ok. 20 gr + parę listków do dekoracji

Ciecierzycę osączamy i płuczemy na sicie po czym przekładamy do blendera. Dodajemy czosnek, jogurt, pastę tahini, oliwę sok i skórkę otartą z cytryny oraz szczyptę soli. Miksujemy do uzyskania gładkiej pasty. Dodajemy na koniec listki kolendry i miksujemy pulsacyjnie. Próbujemy smak, w razie potrzeby dodajemy nieco soli lub oliwy. Przekładamy humus do szklanego naczynia, na konie  polewamy odrobiną oliwy i posypujemy dla dekoracji posiekaną kolendrą.


14 April 2014

wiosenna pasta z białego sera


Przepadam za białym serem, czasem dla odmiany robię sobie różne pasty. Dziś proponuje pastę z białego sera z rzodkiewką i szczypiorkiem (wykorzystałam młodziutki szczypiorek z naszej działki). To oczywiście klasyka, ale smakuje rewelacyjnie. Są zasadniczo dwie szkoły - jedni trą rzodkiewki na tarce (szybciej) inni (w tym ja) drobniutko siekam. Tak posiekana rzodkiewka jest pysznie chrupiąca i nie "puszcza" koloru tak szybko wymieszana z serkiem, jak rzodkiewka starta na tarce. Oczywiście pasta jest najlepsza ze świeżym chlebem :-)

Wiosenna pasta z białego sera

200 gr białego chudego twarogu
3-4 łyżki śmietany 12-18 %
szczypta soli
pół pęczka rzodkiewek
garść posiekanego szczypiorku

Serek umieszczamy w miseczce i rozgniatamy widelcem. Dodajemy sól i śmietanę i mieszamy do uzyskania kremowej konsystencji. Dodajemy drobniutko posiekaną rzodkiewkę i szczypiorek. Mieszamy i gotowe!
Przechowujemy w lodówce.


31 March 2014

Keralskie curry z ryby z mleczkiem kokosowym


Zawitały u nas na chwilę orientalne klimaty :-) Kilka dni temu zajadaliśmy się smacznym i aromatycznym choć niestety mało fotogenicznym keralskim curry z ryby :-) Przepis pochodzi z książki "The Essenntial Kerala Cookbook".

Meen Mapas 
Curry z ryby z mleczkiem kokosowym

500 gr ryby - u nas dorsza
1 i 1/2 łyżki oleju
1 łyżeczka nasion gorczycy
1/2 łyżeczki nasion kozieradki (methi)
1 średnia cebula posiekana
4 zielone chilli przecięte wzdłuż 
12 ząbków czosnku, posiekane
3 cm kawałek świeżego korzenia imbiru, obranego i posiekanego
1 gałązka świeżych listków curry (ok. 10 listków)
3 płatki "cambodge" - u nas zastąpiony pastą tamaryndową - ok. łyżeczki
1 łyżeczka soli
3/4 szklanki mleczka kokosowego

mix przypraw:
1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu
1/2 łyżeczki mielonej kurkumy
1/2 łyżeczki chilli w proszku
2 łyżeczki mielonej kolendry
4 łyżki wody

Czyścimy rybę i kroimy na kawałki kilku centymetrowej wielkości ( u nas były nieco większe bo korzystaliśmy z całej ryby nie z fileta) i płuczemy. Rozgrzewamy w rondlu olej, dodajemy nasiona gorczycy, kiedy zaczną "pryskać" dodajemy nasiona kozieradki, cebulę, zielone chilli, czosnek, imbir, listki curry i smażymy mieszając aż cebulka się zeszkli. Mieszamy mix przypraw, dodajemy do rondla i smażymy mieszając jeszcze kilka minut. Dodajemy cambodge (u nas pastę tamaryndową) i za chwilę rybę, sól, mieszamy delikatnie i gotujemy na małym ogniu aż ryba będzie miękka a sos się zagęści. Dodajemy mleczko kokosowe, zagotowujemy i zdejmujemy z ognia. Gotowe!
Podajemy z ryżem basmati. Można oczywiście posypać po wierzchu świeżą kolendrą, wedle uznania. :-)

24 March 2014

Pasta serowa z dodatkiem pomidorów suszonych na słońcu


Wiosna zawitała już na dobre, również i u nas w domu zrobiło się wiosennie. Od razu przyszła mi ochota na coś lekkiego i aromatycznego na śniadanie, stąd pomysł na pastę z białego twarogu. Do tego chleb mojego wypieku z mąką z pełnego przemiału - jednym słowem - samo zdrowie :-) Jak dla mnie koniecznie z listkami świeżej bazylii.

Pasta serowa z pomidorami suszonymi na słońcu

250 g białego sera chudego
3-4 łyżki śmietany 18 %
5-6 sporych pomidorów suszonych na słońcu (ze słoiczka z oliwą)
listki świeżej bazylii

Najpierw zmiksowałam w blenderze pomidory, potem dodałam biały ser i stopniowo dodawałam śmietanę by uzyskać właściwą konsystencję.W razie potrzeby doprawić solą/pieprzem - wedle gustu. Gotową pastę przechowujemy w lodówce. Podajemy najlepiej z listkami świeżej bazylii



15 March 2014

Tartletki z cebulką, pieczarkami i gorgonzolą


Już mijają dwa tygodnie od naszego powrotu z Azji, sama nie wiem, gdzie nam uciekły te dni. Oczywiście od razu wpadliśmy w wir zajęć i spraw codziennych i siłą rzeczy brakło czasu na natchnienia kulinarne. Dziś mam nadzieję zacząć bardziej regularne wpisy z mojej kuchni :-) Tak więc na start małe tartletki, które przygotowałam na nasz lunch. Miałam trochę ciasta kruchego w lodówce a że nie lubię niczego marnować skomponowałam szybkie danie. Wyszło bardzo smacznie, ciasto było mojej produkcji, bardzo kruche a nadzienie dzięki gorgonzoli miało zdecydowany smak. Bardzo fajne również na ciepłą przystawkę.

Tartletki z cebulka, pieczarkami i gorgonzolą
(2 sztuki)

kruche ciasto
1 łyżka masła
1 duża czerwona cebula
4 duże pieczarki
50-60 gr sera gorgonzola dolce

Podpiekamy w 200 C kruche ciasto w małych foremkach na tartletki (ok. 10-12 cm średnicy) przez około 15 minut. W tym czasie podsmażamy na maśle pokrojone pieczarki i cebulkę i nakładamy na podpieczone spody. Na wierzchu układamy kawałki sera i pieczemy dalsze 7-10 minut aż ser się rozpuści. Podajemy od razu.

1 March 2014

Or Tor Kor Market w Bangkoku


Aż trudno uwierzyć, że dopiero w tym roku odkryliśmy jeden z najbardziej zachwycających targów w Bangkoku a być może w tej części świata! Or Tor Kor - bo tak się nazywa, zachwycił nas, zaparł dech w piersiach, po prostu oczarował! Rzędy równiutko ułożonych owoców, zupełnie jak od linijki, wszelakie możliwe warzywa, ryby, mięso no i gotowe już smakowitości, od sałatek czy satajów przez omlety z ostrygami i małżami, potem zupy, różnorakie curry, owoce morza aż po słodkości. Nie wiadomo gdzie patrzeć i czego smakować. Do tego targ jest bardzo czysty, jasny i przestronny. Łatwo też do niego dojechać metrem, wysiada się dosłownie u wejścia! A wszystko zaczęło się od serii programów Ricka Steina z jego podróży po Azji. Jakoś tuż po Nowym Roku oglądałam w telewizji odcinek o Tajlandii w którym Rick Stein wracał po wielu latach do różnych ciekawych miejsc. W pewnym momencie zaczął zachwycać się tym ogromnym targiem w Bangkoku, a ja zaczęłam się zastanawiać jak to się stało, że ja nawet o nim nie słyszałam!!! Rzuciłam się do Lonely Planet i tam ani słowa. Dopiero wyszperałam w internecie i oto Or Tor Kor znalazł się na szczycie listy miejsc do zobaczenia w czasie tej podróży. Udaliśmy się tam po raz pierwszy trzy tygodnie temu (wiem, nie wspomniałam ani słowa, ale też nie mieliśmy zupełnie czasu na osobny wpis), można by rzec - na zwiady. I zachwyciliśmy się! Tak więc postanowiliśmy udać się tam na spacer naszego ostatniego dnia w Bangkoku i w Tajlandii, żeby przede wszystkim coś zjeść, ale może i zrobić małe zakupy :-) W zeszłym roku przywiozłam trzy rzeczy, które posadziłam w nadziei, że u nas wyrosną. Kawałek świeżego korzenia galangalu (bo choć imbir jest dostępny to galangalu się u nas nie uświadczy) i niestety chyba nie spodobało mu się w mojej doniczce bo odmówił współpracy i postanowił zastrajkować. Tak więc na tym polu porażka. Mam nadzieję, że była to wina korzenia (nie wyglądał super świeżo) i może tym razem znajdę jakiś piękny świeżutki i uda mi się. Przywieźliśmy też kolendrę nazywaną tutaj "farang" - obcą - bo oryginalnie zdaje się z Ameryki Południowej. Zupełnie kolendry nie przypomina, to długie wąskie liście bardziej podobne do naszego mlecza. I o dziwo przyjęła się (kupiliśmy pęczek jeszcze z korzonkami) lecz chyba nasz klimat jej nie sprzyjał, bo puszczała małe listki i od razu pojawił się kwiatostan :-( Tak więc o powodzeniu nie można mówić. Za to trawka cytrynowa świetnie rośnie, w tym roku, jak zrobi się ciepło przesadzimy ją na działce do ziemi. Mam nadzieję, że pięknie się rozkrzewi.
No ale wracając do tematu :-) Gorąco zachęcam tych co wybierają się w te strony do odwiedzenia tego targu! Z pewnością nie pożałujecie! Ja już wiem, że będę tam zaglądać za każdym razem, kiedy tylko tu przyjadę. Targ czynny jest codziennie od rana aż do wieczora.Trzeba pojechać metrem MRT do stacji Kamphaneg Phet i wychodząc skierować się do wyjścia nr.3. Po wyjściu na powierzchnię naszym oczom ukaże się ogromny zadaszony targ.
To już ostatni wpis z podróży :-) Jest sobota, zaraz wybieramy się na zakupy, wieczorem kolacja w Chinatown, jutro w planach wspomniany wyżej market, a potem już tylko wieczorem lotnisko i droga powrotna do domu.W poniedziałek będziemy już u siebie i coś czuję, że szybko pojawi się na naszym stole coś stąd, bo będzie nam tęskno.

Jak widać poniżej, Or Tor Kor to bardzo przestronny targ.





Nie brakuje oczywiście wszelakiego rodzaju ryb i owoców morza






Są też różne inne lokalne specjały: pasty curry czy gotowe dania na wynos



I wszelakie inne specjały gotowe do spożycia :-)







Pyszny omlet z ostrygami i małżami


No i słodkości





Zachwyciły mnie pięknie opakowane mandarynki


Nie zabrakło też króla tutejszych owoców - duriana, za którym osobiście nie przepadam


27 February 2014

Tłusty Czwartek w Tajlandii


Dziś Tłusty Czwartek i przyznam, że omal o nim nie zapomnieliśmy :-) Tutaj w Tajlandii oczywiście się go nie obchodzi. Niemniej jednak wybraliśmy się na duży targ, który jest w naszej miejscowości w poniedziałki i czwartki i znaleźliśmy jedno stoisko z ciastkami w zachodnim stylu a wśród nich pączki! Nie takie polskie z różą, bardziej w stylu angielskim - z dziurką. Ale pączek jest pączkiem i kupiliśmy oczywiście paczuszkę! Ale, żeby zupełnie nie oderwać się od tutejszych klimatów, kupiliśmy też paczuszkę pysznego "sticky rice" (specjalnego ryżu gotowanego tak, by ziarenka się do siebie lepiły) ze słodziutkim mango i z sosikiem kokosowym. 
To już ostatnie dni naszego leniuchowania nad morzem.  Wszystko co miłe szybko się kończy, w sobotę wracamy do Bangkoku a stamtąd już prosto do domu!!! Czekają nas jeszcze ostatnie zakupy przed wyjazdem, obowiązkowe przyprawy i sosy, jakieś świeże listki może. Ostatnia wizyta na fantastycznym targu w Bangkoku (o tym będzie w sobotę w ostatnim wpisie z naszego wyjazdu) i potem powrót! Z jednej strony tęsknimy za domem ale z drugiej chciałoby się tu zostać jeszcze kilka tygodni i wygrzewać się w tym słoneczku zajadając pyszności :-)
Życzymy Wszystkim czytelnikom smacznych pączusiów!!!

23 February 2014

Morze, słońce i plaża...



To już praktycznie ostatni etap naszej podróży - zaczęły się można by to nazwać - wakacje :-) Jesteśmy z powrotem w Tajlandii, tym razem nad morzem w naszym ulubionym, cichym i spokojnym miejscu. No i cóż, odpoczywamy, kąpiemy się w morzu, spacerujemy po plaży, czytamy książki, pełen relaks :-)
I znowu wrócę do tematu zupy na ryżu, nazywanej tu "congee" lub po prostu "porridge" (taki nasz jakby kleik). Wiem, że już pisałam o niej parę razy, ostatnio we wpisie z Penangu (ale tam ta zupa w innej formie, tzn z zupełnie innymi dodatkami), lecz nadziwić się nie mogę, że tyle już razy byłam w tym kraju a wcześniej się na nią nie skusiłam!!! Zwłaszcza w Tajlandii ta zupka jest po prostu REWELACYJNA!!! Jadana na śniadanie, z dodatkiem mięska (kuleczek podgotowanej wcześniej wieprzowiny), z jajkiem (ugotowanym wcześniej na wpół miękko, tak że białko prawie ścięte a żółtko płynne), z zieleniną (cebulką) oraz z cieniutko pokrojonym w paseczki świeżym imbirem, który nadaje tej zupie fantastycznego aromatu! Do tego jeszcze różne małe dodatki, prażona cebulka czy coś jakby drobniutki makaronik. Każdy sobie taką zupę przyprawia tutaj według upodobania - chilli, sosem sojowym cukrem, sosem rybnym etc... Całość trzeba dokładnie wymieszać, wtedy żółtko nadaje zupie kremowej konsystencji. Zakochałam się w tej zupie, podobnie jak cała rzesza turystów! Nie muszę dodawać, że codziennie rano idziemy na nasz lokalny targ za rogiem na zupkę na nasze śniadanie. Takie danie kosztuje ok. 3 złote a jakie pyszne i niewątpliwie zdrowe. Piszę tyle o tej zupie, bo chciałabym zachęcić tych co się wybierają w te strony, żeby koniecznie spróbowali!!!
Poza tym pałaszujemy ogromne ilości świeżych owoców: mango, ananasów, jack fruity i papaje, co tylko nam wpadnie w ręce. Spacerujemy popołudniami po ulicach i zajadamy satay-e (takie malutkie grillowane szaszłyczki), różne grillowane lub smażone zakąski, a wieczorami żywimy się w różnych okolicznych restauracyjkach, lub po prostu na ulicy, gdzie rozłożone są stoliki. Żyć nie umierać! Będzie nam bardzo brakować tego jedzonka po powrocie do domu!

We are back in Thailand on the lower east coast. Sea, sand and sun although we had a couple of very severe rainstorms since our arrival. We are pretty much in a set routine with our eating pattern. We have both fallen in love with congee, the rice porridge dish that a lot of Thais have for breakfast. It is thickish rice gruel in which a semi boiled egg is put which is srired in to finish cooking in the hot soup. It also has finely shredded fresh ginger, various green leaves and spring onion and can have various types of mince meat, offal etc. Sometimes they sprinkle on crispy fried noodles and onions. For a breakfast dish it is delicious! Lunch time we normally have a salad with fresh veg bought at our local market with deep fried chicken or fish etc. We also but plenty of fresh mango, papaya, pineapple, jackfruit, bananas etc... so we are certainly getting our daily 5 portions of fresh fruit and veg. The evening there is so much choice that it is sometimes difficult to decide what and where to eat. There are a lot more muslims in this part of Thailand so you get excellent curries cooked my muslim ladies (some photos below). Also plenty of fresh sea food from a variety of whole fish, shells, crabs, squid, prawns and even the caviar from giant catfish. The local market is as colourful as ever selling a huge variety of fresh veg, fresh and dried sea foods and fruit. There are also a big veriety of snacks sold from the carts which come out during early evening and are parked along the main and side streets.

Poniżej parę fotek z jednego z naszych obiadów. Tym razem wybraliśmy się do bardzo sympatycznej i malutkiej restauracyjki prowadzonej przez muzułmanów (tutaj na południu Tajlandii jest znaczny procent muzułmanów). Curry pysznie doprawione, pikantne i do tego zupka, nieco inna, bo z wołowiną.
Below some of the curries and a soup we had in a small muslim restaurant.




No i różne specjały na wieczornym targu / Different snacks





No i tutejsza wersja zupki ryżowej "Congee" / And our favourite rice porridge "Congee"


16 February 2014

Relacji z Penangu część druga


Pierwsze co ciśnie mi się na usta to – GORĄCO!!!!! Muszę, że Bangkok w porównaniu z George Town to pestka :-) Pamiętam, że i trzy lata temu nie było łatwo, ale wtedy byliśmy mniej więcej miesiąc później (w połowie marca) i lało prawie codziennie. Teraz mają tu od miesiąca suszę, co nie jest naturalne w tej części świata, trawniki są pożółkłe, rośliny nie wyglądają najlepiej, temperatura sięga +35 C a że jesteśmy nad morzem, jest też bardzo wysoka wilgotność i są chwile, że nie ma czym oddychać. Staramy się więc wstawać wcześnie i rozpoczynamy nasze spacer koło 8.00 rano, kiedy jest jeszcze zupełnie przyjemnie. Po 10.00 robi się wilgotniej i zdecydowanie goręcej a w południe ucinamy sobie sjestę, bo ciężko się zachwycać tym co nas otacza, kiedy żar leje się z nieba, człowiek ocieka potem i ciężko zebrać myśli. Za to popołudniami choć nadal gorąco, to jednak już słońce nie praży i można sobie znów pospacerować, zwłaszcza przy nabrzeżu jest miła bryza od morza.
A co do kulinariów, to nadal królują u nas zupy! Wydaje mi się, że poprzednim razem w ferworze odkrywania potraw umknęły nam one nieco uwagi. To znaczy jedliśmy je ,ale nie zwracaliśmy aż takiej uwagi na ich rodzaje i smaki. Szczególnie zasmakowała nam zupka lekko kwaśna, mocno pikantna, której składniki wybiera się samemu z całego wachlarza możliwości. Palce lizać!
Noszę w kieszeni nowe wydanie przewodnika po lokalnych kulinariach. Jest to rodzaj małej broszury, z jednej strony mapa miasta i opisy najbardziej popularnych tutejszych dań, a na drugiej cała lista tych specjałów (ok. 30), wraz ze zdjęciami oraz adresami miejsc, w których można tych rzeczy popróbować. Pamiętam, że trzy lata temu spróbowaliśmy praktycznie każdego z tych dań, teraz już tak kurczowo nie trzymamy się mapy i wybieramy raczej to co nam szczególnie smakowało. Poszperałam też trochę w internecie i odkryliśmy kilka nowych (a w zasadzie starych) miejsc, gdzie trudno o wolny stolik, że się tak wyrażę. Każdy ma tu swoją specjalizację (nie mówię oczywiście o restauracjach, które oferują szersze menu) i co za tym idzie staje się też swojego rodzaju mistrzem w tym co robi. No bo jeśli ktoś przez 30 lat przygotowuje na przykład kleik ryżowy, który nazywa się „congee” (pisałam o nim ostatnim razem i wspominam i teraz bo wracaliśmy do tego starszego pana kilka razy, tak pyszną zupę robi) to w pewnym sensie staje się mistrzem w tym wąskim zakresie. Ma swoje stałe grono klientów i pewny zarobek, pod warunkiem, że utrzymuje świetny poziom swojego dania. A że konkurencja na tym polu tutaj jest niemała, więc ci słabsi, którzy się nie przykładają i to co podają odstaje od oczekiwań, tacy szybko stracą klientów i będą musieli zwinąć interes. Bo oni (w przeciwieństwie do wielu restauracji na przykład w Krakowie) żyją tu nie z turystów, którzy przyjdą raz a potem pojadą sobie gdzie indziej, lecz właśnie z lokalnej ludności, która przychodzi masowo i codziennie i pocztą pantoflową podają sobie namiary na najlepsze miejsca. I może właśnie to jest tajemnicą tego, że w tej części świata można świetnie zjeść prawie wszędzie. Do pana od kleiku, który ma marne 2 plastikowe stoliki na środku bardzo ruchliwej targowej ulicy, ustawiają się od świtu kolejki. Bardzo lubię go obserwować, jak z uśmiechem pracuje i nie zatrzymując się ani na chwilkę kroi i sieka wkładkę do zupy (wszystko co daje prosiak – od ozora po flaczki i chrupiącą skórkę) a jego pomocnica (córka?) nalewa zupę i podaje klientom. I tak kilka godzin non stop. I nie on jeden ma taką pasję. Poszliśmy pewnego dnia do innego pana, który robił zupki wegetariańskie i on tak samo, bez chwili spoczynku kroił i siekał, gotował makaron i wontony, jakby podrygując w rytm swojej pracy, nieustannie uśmiechnięty. Aż przyjemnie jest zjeść jedzenie przygotowane przez takich ludzi.
Ale czas na nas, to już koniec naszego tygodnia na tej wyspie, wracamy do Bangkoku by zaraz udać się dalej...

This will be our last entry from Penang. We fly back to Bangkok. The weather has been extremely hot, even the locals are complaining. They had no rain for about a month and everything is bone dry and dusty. The daily temperatures have gone as high as 35 C. We try and get up early, go for our breakfast which is invariably rice porridge, roti canai or some such. After we have shopped for our daily ration of fruit on our local market. Although we bought a weekly bus pass we are inclined to do a lot of walking especially around Little India and the Old Colonial Quarter. We the bus it back to the hotel to rest up during the hottestv hours of the day before heading out for an evenig meal. This time we have tried a lot more local soups and I must say they are really very good. There are dozens of food courts and coffee shops where you will find stalls selling a large variety of soups, mostly with noodles of different types either with meat, seafood or plain vegeterian. You find that a stall holder only specialaises in one or two different types of soup or other dishes. It is great watching them cook, as they do it with so much passion and pride, and you can normally tell which are the best stalls because of the amonut of locals eating there and none of them will break the bank.
We found a little stall on our local market where a guy and possibly his doughter, sell rice porridge (congee). It seems he has been doing it for many many years. He has two small tables with half a dozen stools in front of his stall and two large steeming pots of the rice mixture. The other ingredients are: finely chopped pork, crackling, pigs' tongue and other intestines. Over that he pours a ladelfull of steeming hot rice porridge, his doughter sprinkles a handful of chopped spring onions a dash of pepper and soy. You sit at the table and eat is as the market bustles around you. All this for the magic price of about 75p.
Our second visit to Penang has been as successfull as the first and well worth suffering the heat and humidity.

Dwie bardzo smaczne zupki - "curry mee" i "lam mee" (mee - to po malajsku makaron) / Two very tasty soups we had one day for lunch - curry mee and lam mee (mee means noodles)



I świetna wegetariańska zupka - wanton mee, na śniadania / A very tasty vegeterian soup for one of our breakfasts


I nasze odkrycie - lekko kwaśna zupa "Hakka yong tau fu", rewelacja!!! ? Great spicy and sour soup! Hakka yong tau fu :-)


A składniki do powyższej zupki wybiera się samemu, a wybór jest spory - patrz poniżej :-) ? The ingredients for the soup everybody choses on his/her own, and there is plenty of choice :-)


No i nie obeszło się bez kuchni Nyonya - pyszna rybka  w sosie obowiązkowo z ryżem/ and a great Nyonya dish - with fish


I nie mogliśmy się oprzeć kuchni indyjskiej - oto pyszne thali w dwóch wersjach ? We obviously coudn't resist some more Indian food - below two versions of thali