17 October 2011

melon z szynką parmeńską czyli klasyczna przystawka kuchni włoskiej


Nadal żyjemy włoskimi klimatami i smakami z naszego wyjazdu. Oczywiście tuż przed powrotem do Polski udaliśmy się na zakupy - sery, szynka, oliwki itp, tak więc jeszcze przez kilka dni możemy delektować się różnymi pysznościami i żyć wspomnieniami. Dziś klasyka, czyli prosciutto con melone, trudno o coś prostszego i równie pysznego!

Melon z szynką parmeńską

1 dojrzały melon
kilka plasterków szyki dojrzewającej np. parmeńskiej lub toskańskiej

Melona obieramy, kroimy na plastry, układamy na talerzu wraz z cieniutkimi plasterkami szynki. Gotowe!



16 October 2011

ciasto marchewkowe od Severino


Po powrocie z Włoch trudno nam wskoczyć w starte tryby - zajęć i pracy. Do tego po dwóch tygodniach chodzenia w klapkach i cienkich koszulkach, nagle przyszło nam zmierzyć się z poważnie jesienną aurą. Brrrrr!!! No ale wakacje nie trwają wiecznie. Tak więc na osłodę upiekłam dziś to pyszne ciasto wypatrzone u Eli (poniżej przepis za Elą). Jest wilgotne, niezbyt słodkie, pachnące migdałami, po prostu świetne! Gorąco polecam :-)
U mnie wyszło nieco płaskie bo użyłam większej tortownicy. No i lukier z Philadelphii nie zastygł w lodówce, bo trudno nam było czekać tak długo...

Ciasto marchewkowe od Severino

100g masła
200g cukru
200g mielonych migdałów
1 jajko+ 1 żółtko
100g mąki
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
300g startej na małych oczkach marchwii

Wszystkie składniki dokładnie zmiksowac w podanej wyżej kolejnosci. Przelac do trotownicy 22cm i piec w nagrzanym piekarniku do suchego patyczka.

Lukier z Philadelphii

160g serka Philadelphia (użyłam serka "light")
2 łyżki masla
cukier puder (tyle by powstała gładka, niezasłodka konsystencja)

Wszystko dokładnie utrzeć i rozsmarować na cieście.

A poniżej zdjęcie części naszych plonów...

8 October 2011

Florencja


To już ostatni wpis z naszej podróży, w sumie nieco spóźniony, bo jesteśmy właśnie w drodze powrotnej, ale żal spędzać czas na komputerze, gdy się jest we Florencji! Z ogromnym sentymentem wróciliśmy do tego miasta, gdzie spędzilismy tyle cudownych chwil! Kilka lat temu wybraliśmy się tutaj na nieco dłużej, raz na miesiąc a potem na dwa miesiące. Poczuliśmy smak pomieszkiwania tak jak Włosi. Wnajmowaliśmy wtedy mieszkanie pod Florencją, w uroczym miasteczku Pontassieve, a ja codziennie przyjeżdżałam do centrum miasta do szkoły językowej. W czasie gdy się uczyłam, mój maż buszował po targach szukając różnych specjałów, które potem gotowaliśmy wieczorem. Popołudniami i w weekendy zwiedzaliśmy miasto, muzea, kościoły i oczywiście okolice. Teraz czuję się tutaj trochę jak w domu. Nie będę opisywać uroków miasta, bo myślę, że nawet Ci co tam nie byli to słyszeli o pięknie Florencji i co można zwiedzić. Mam kilka refleksji osobistych, po pierwsze, nie było nas tu parę lat, więc od razu rzuciły mi się w oczy zmiany np. sporo ulic w centrum, koło katedry, zamknięto dla ruchu samochodowego, przez co miasto stało się bardziej przyjazne dla turystów. Ale z przykrością muszę stwierdzić, że legendarny już Mercato Centrale, czyli glówny targ Florencji, skomercjalizował się maksymalnie, wyrzucono w piętra handlarzy owoców i warzyw, którzy tak na prawdę byli sercem tego miejsca, umieszczono ich w namiocie na zewenątrz, a w ich miejscu zaczęto urządzać imprezy dla biznesmenów, różne degustacje itp. Parter stał się targiem praktycznie wyłącznie dla turystów, już trudno wypatrzyć Florentyńczyków robiących tam zakupy. Za to na szczęście targ w okolicach kościoła Sant'Ambrogio nic się nie zmienił. Aż trudno mi było oczy oderwać od mięs, drobiu, wędlin, serów, świeżych makaronów, oliwek - wszystkiego czego może dusza zapragnąć! A na zawnątrz ogromne, kolorowe stoiska ze świeżymi owocamai i warzywami. Poszliśmy na kilka dobrych kolacji i chciałabym tu wspomnieć o jednej restauracji, której nie powinno się ominąć, bo to prawdziwie kulinarny raj w dostępnych dla nas cenach (we Florencji jest sporo rewelacyjnych restauracji w najwyższej półki, niestety obłędnie drogich). Restauracja mieści się bardzo blisko targu Sant'Ambrogio, o którym wyżej pisałam, i nazywa się "Il Pizzaiuolo". Słynie z pizzy (jak sama nazwa lokalu sugeruje), ale można skosztować tam obłędne antipasti (przystawki), primi (głównie makarony), secondi (dania główne) oraz desery. Restauracja prezentuje kuchnię z południa Włoch (Neapol) i najlepiej zarezerwować tam stolik przed przyjściem, bo już pół godziny po otwarciu wieczorem nie ma w niej wolnego stolika. Ja ją odkryłam blisko pięć lat temu, jadaliśmy tam już wielokrotnie i za każdym razem wychodzimy zachwyceni. Gorąco polecam spróbowania sera "burraty", zupełnie nie z tej ziemi! To jakby mozarella z płynnym, kremowym wnętrzem, rozpływa się w ustach i jest tak delikanie pyszna! Koniecznie trzeba spróbować pysznej pizzy i makaronów z owocami morza!
Poniżej kilka zdjęć z naszej kolacji :-)


Burrata w całości (u góry) i przekrojona (u dołu).


Tortellini nadziewane gorgonzollą i orzechami w pesto z rukoli...


i obłędne scialatielli amalfitani, po prostu doskonałe danie ze świeżego makaronu z owocami morza w rewelacyjnym, delikatnym sosie!



I kilka zdjęć z targu Sant'Ambrogio








Parę zdjęć z Mercato Centrale, głównie nastawionego na turystów, ale bardzo kolorowego!






A na koniec parę zdjęć ze środowego targu w Pontassieve, gdzie od lat przyjeżdża rodzina specjalizująca się w produkcji i handlu serami i od rana ustawia się do nich długa kolejka. Prócz serów sprzedają też lokalne wędliny oraz baccala - suszonego dorsza, o którym pisałam na początku naszej podróży. Sery nie są tanie ale za to najwyższej jakości, więc i my kupiliśmy kawałek pachnącego parmezanu i rozpływającą się w ustach gorgonzollę! Jest tam też co tydzień Pani, sprzedająca jeden ze specjałów Florencji czyli flaczki - "trippa" i "lampredotto", ugotowane z przyprawami i podawane z bułką.





Nie sposób opisać wszystkie wrażenia z Florencji, nawet te kulinarne. Chcę więc zachęcić do odwiedzenia tego wyjątkowego miasta, warto tu spędzić chociaż z tydzień i poszwędać się po uliczkach i targach, pokosztować różnych słodkości, spróbować tutejszego jedzenia i wypić aromatyczną kawę u "Paszkowskiego" po to, by poczuć atmosferę Florencji, gdyż jest to nie tylko miasto muzeów i kościołów ale po prostu specjalne miejsce na ziemi.

4 October 2011

miejsce z moich snów w Toskanii



Pienza leży w sercu Toskanii, nieco na południe od Sieny. Objechaliśmy Toskanię już kilka razy, zaglądnęliśmy do prawie każdego miateczka czy dziury i za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu, że Pienza to miejsce wyjęte jakby prosto z bajki! Miasteczko liczy sobie ponad sześć wieków i zostało założone i zbudowane przez jednego człowieka, Piccolominiego, który niespodziewanie zupełnie został wybrany papieżem. Urodził się w wiosce tuż obok ponad 600 lat temu i do dziś u podnóża Pienzy stoi staruteńki kościół, w którym o ile pamiętam był ochrzczony. Miasto częsta bywa nazywane idealnym czy doskonałym, zapewne dlatego, że całość została zaplanowana w dużej mierze w tym samym czasie i przez jednego architekta (w sporej części przynajmniej). Pienza usytułowana jest na wzgórzu skąd rozpościera się cudowny widok na całą dolinę rzeki Orcia. Teren dookoła jes cudnie falisty usiany cyprysami, a dosłownie o rzut kamieniem jest słynne Montepulciano, a z drugiej strony San Quirico, Montalcino i wiele innych nieco mniejszych. Mnie trudno jest oczy oderwać, mogłabym sobie godzinami spacerować i oglądać uliczki i widoki. Na zdjęciu u góry krokusy, które właśnie zakwitają, mam podejrzenia, że jest to być może ten rodzaj krokusa, z którego potem można zbierać pręciki na szafran. Ale biologiem nie jestem więc pewności nie ma. Poniżej kilka widoków Pienzy i okolic.







Tak więc zatrzymaliśmy się tutaj na parę dni. Odwiedziliśmy w Montefellonico pana, który od kilku pokoleń produkuje pyszne wino i u którego od lat robimy zakupy. Pojechaliśmy kilkanaście kilometrów dalej do innego pana u którego kupujemy rewelacyjną oliwę, którą sam tłoczy z własnych drzewek, a potem do Caseificio, czyli wytwórni serów, by kupić "pecorino". Jest to ser z mleka owczego, wytwarzany w wielu częściach Włoch, ale ponoć ser właśnie z okolic Pienzy jsst najsmaczniejszy, gdyż owieczki pasące się na okolicznych wzgórzach jedzą wyjątkową mieszankę traw i ziół, co nadaje smak później serom. Kupiliśmy kilka rodzajów tego sera, niektóre zawijane są na okres dojrzewania w liście, inne zasypywane popiołem, inne trzymane w grocie, aż trudno wyliczyć wszystkie. No i oczywiście są i te świeże i dłużej dojrzewające. Wszystkie te pyszności, czyli wino, oliwę, sery, wędliny i lokalny makaron "pici" można kupić w Pienzie i okolicznym miasteczkach na każdej prawie ulicy, bo ogromne ilości turystów sprzyjają handlowi i sklepów tutaj nie brak. A wyglądają one podobnie jak ten poniżej.


No a jak już jestem przy temacie jedzenia, to warto dodać, że w Pienzie można również rzeczywiście rewelacyjnie zjeść. Nie do końca tanio, ale przecież czasem można poszaleć. To jest już nasza piąta wizyta w tym miasteczku, wypróbowaliśmy sporą część restauracji i jak dotąd na pierwszym miejscu zawsze znajduje się malutka rodzinna trattoria - da Fiorella. Fiorella to mama, szefowa kuchni i prawdziwa mistrzyni! W restauracji pracują też jej dwaj synowie i synowa. Atmosfera już od wejścia jest rodzinna i przyjazna, obsługa doskonała, a jedzenie po prostu przenosi w inny wymiar. Wczoraj poszliśmy więc na kolację, zamówiliśmy na pierwsze danie makaron ("pici" o którym pisałam wyżej), ręcznie robiony w sosie mięsnym ze świeżymi prawdziwkami. Rewelacja! A na danie główne ja cielęcinę a mój mąż jagnięcinę do tego grillowany bakłażan i ziemniaczki podsmażane na oliwie z rozmarynem. Mięso rozpływało się w ustach, było pyszne, delikatne, po prostu doskonałe. A na koniec zamówiliśmy sery - oczywiście pecorino, podawany tutaj z miodem i świeżą gruszką. Sery zniknęły zanim wyjęłam aparat, więc poniżej jedynie makaron oraz nasze główne dania :-)






A dla miłośnikó zwierząt zdjęcie poniżej - kot w San Quirico, chrapał sobie spokojnie w donicy na głównej uliczce miasta :-)


2 October 2011

Sagra del Porcino - festiwal borowika, czyli ciąg dalszy naszej podróży po Włoszech


Wreszcie zajechaliśmy do Toskanii. Pierwsze dwie noce spędziliśmy w ślicznym miasteczku Massa Marittima, nieopodal Grosetto. Byliśmy tu już kiedyś kilka lat temu, ale tylko przejazdem. Tym razem przyjechaliśmy na nieco dłużej. Po drodze z La Spezii zatrzymaliśmy się na parę godzin w Lucce. To urocze miasto, otoczone murami z unikalnym owalnym placem, powstałym, przez zabudowę antycznego amfiteatru . Poza tym jest tam wiele innych ciekawych budynków, placów i ulic. W sumie to jedno z ładniejszych miast w Toskanii, dopiero co odkrywane przez turystów. 



Sama Massa Marittima, gdzie się zatrzymaliśmy, powstała wieki temu dzięki pokładom rud znajdującym się w pobliskich wzgórzach. Rozwinęlo się tu górnictwo przynoszące spore zyski. Stąd też miasto wyrosło swego czasu na potęgę, co widać po budynkach w centrum, szczególną uwagę zwraca katedra w stylu pizańskim.


Wczoraj pokręciliśmy się po okolicy. Zajechaliśmy nad morze oraz do pobliskich miasteczek. Do tej pory tylko raz zapuścliśmy się na krótko w te malownicze rejony więc była okazja by zobaczyć coś więcej. Zwiedziliśmy też piękny opuszczony klasztor San Galgano.


Dziś rano wyruszyliśmy dalej w drogę. Naszym celem był Pienza. Po drodze postanowiliśmy odwiedzić malutką mieścinkę Casale di Pari, gdzie w ten weekend ma miejsce Sagra del Porcino. W miasteczku wzniesiono duży namiot, a w nim tłum mieszkańców z całej okolicy raczył się lokalnymi specjałami, w tym daniami z prawdziwkami. My spróbowaliśmy risotto z prawdziwkami, polentę z sosem z prawdziwkami, do tego grillowane kiełbaski i zamiast deseru - ser. Niestety  nie dane nam było popróbować wina, jako, że czekała nas dalsza droga samochodem. W końcu dojechasliśmy do mojego najbardziej ukochanego toskańskiego miasteczka - Pienzy. Ale to zupełnie inna historia o czym wkrótce.

Poniżej risotto i polenta z prawdziwkami



29 September 2011

La Spezia i uroki Ligurii


Przedwczoraj mieliśmy długi dzień. Wyjechaliśmy rano z Vicenzy, po drodze zwiedziliśmy Sabbionetę, śliczne miasteczko wpisane w 2008 wraz z Mantovą na listę UNESCO, potem zatrzymaliśmy się w Parmie i w końcu postanowiliśmy jechać dalej drogą "panoramiczną" do La Spezii. Droga wiła się przez góry, była wąska i bardzo kręta więc przejechanie 120 km zajęło nam blisko 3 godziny, za to widoki były niesamowite! W końcu przyjechaliśmy na miejsce. Mieszamy tuż za miastem a raczej ponad nim, z tarasu rozciąga się piękny widok na zatokę Poetów i samo miasto, a z tyłu, na wzgórza. To wyjątkowo malownicze i spokojne miejsce.

 
La Spezia sama w sobie nie rzuca na kolana, zwłaszcza w porównaniu z Florencją, Bolonią czy Sieną, ale ma dosyć ładne centrum, gdzie kilka ulic jest zamkniętych dla ruchu, ładny park i promenadę nad wodą oraz świetny targ, który dzisiaj "zwiedzaliśmy". Targ zajmuje cały wielki plac, jest zadaszony i w jednej części znajdują się stragany z warzywami i owocami - teraz jest sezon na "porcini" czyli prawdziwki, których cena jednak odstrasza, dalej część gdzie sprzedawane są wszelakie ryby i owoce morza, a po drugiej stronie stoiska z serami i wędlinami. Trudno nam było oczy oderwać od tych pyszności!






W południe wybraliśmy się dziś do pobliskiego miasteczka Portovenere, ślicznie położonego na samym cyplu. Na lunch jak zazwyczaj, kupiliśmy w sklepie chleb, szynkę, ser, pomidora, oliwki i wino :-) Zasiedliśmy na promenadzie i podziwiwjąc morze i widoki posilaliśmy się tym prostm jedzonkiem.




Wczoraj spędziliśmy cały dzień zwiedzając Cinque Terre - rejon objęty parkiem narodowym tuż na północ od La Spezii, nad morzem. Znajduje się tam pięć wyjątkowo malowniczych miasteczek (Monterosso, Vernazza, Corniglia, Manarola i Riomaggiore), wciśniętych między skały a morze. Najlepiej wybrać się tam tak jak my pociągiem, podróż z La Spezii do Monterosso trwa około 20 minut, i praktycznie w całości odbywa się w tunelach wykutych w skale. Wykupiliśmy bilet łączony - do Parku Narodowego wraz z całodziennym na kolej i mogliśmy swobodnie poruszać się pociągami między miasteczkami. W okolicy jest mnóstwo szlaków i bardzo wiele osób przyjeżdża by pochodzić po okolicy. My mieliśmy tylko jeden dzień więc pieszo pokonaliśmy najsłynniejszy odcinek, czyli "Via dell'Amore" łączący Manarolę i Riomaggiore. Więcej zdjęć z Cinque Terre na moim drugim blogu.


A co do kwestii kulinarnej, to popróbowaliśmy lokalnego makaronu, który nazywa się "trofie", oczywiście ze świeżym pesto, z którego słynie nie tylko Genua ale cała Liguria. A dzisiaj w roli przystawki jedliśmy kolejny lokalny specjał - "farinatę", rodzaj placka-naleśnika z mąki z cieciorki a do tego rewelacyjne sery - gorgonzolę i stracchino - palce lizać!


26 September 2011

Festa del Bacala alla Vicentina


Cały ranek spacerowaliśmy po Vicenzy. To śliczne miasto, pełno tu uroczych zaułków, pięknych budynków no i sklepów pachnących różnymi lokalnymi specjałami. Zamiast obiadu kupilismy więc sobie kilka plasterków mortadeli, speck-u, kawałek lokalnego sera "asiago" oraz pyszne oliwki no i oczywiście butelkę wina (zdjęcie powyżej). Jako, że upał się dawał nam nieco we znaki w południe więc wzorem Włochów udaliśmy się na sjestę i lunch spowrotem do naszego B&B. 
W informacji turystycznej Pani powiedziała nam, że dziś jest ostatni dzień festy del Bacala alla Vicentina, czyli lokalnego specjału - suszonego dorsza (bacala), sprowadzanego z Norwegii od wieków, który przygotowuje się na wiele sposobów, najbardziej tradycyjne danie to Bacala alla Vicentina, gotowany dorsz podawany z polentą. Festa ma miejsce corocznie w niewielkiej miejscowości Sandrigo, około 17 km na północ od Vicenzy. Centrum miasteczka jest zamknięte dla ruchu, pośrodku placu zbudowano ogromny namiot i już od piątku wieczorem codziennie zjeżdża się cała okolica by popróbować tych specjałów. Tradycja takich imprez jest żywa w całych Włoszech i w zależności od sezonu tematem przewodnim może być dzik, zając, oliwa, wino, grzyby, trufle, cokolwiek, co znajduje się w danej okolicy. My parę lat temu na wiosnę odwiedziliśmy kilka takich imprez (nazywanych popularnie sagrami) i ogromnie się nam one spodobały. Nie mogliśmy ominąć więc takiej okazji i o 19.00 wybraliśmy się w drogę. Nie raz już widziałam suszonego dorsza w sklepach we Włoszech ale jakoś nigdy nie miałam okazji spróbować jak smakuje. I okazało się, że jest bardzo dobry! My poszliśmy na całość i zamówiliśmy risotto z dorsza, gnocchi z dorszem no i danie sztandarowe czyli dorsza z polentą.
Poniżej zdjęcia z festy oraz oczywiście dania jakie zamówiliśmy - bacala z polentą, w risotto oraz z gnocchi.










25 September 2011

Wreszcie w Italii!


Po dwóch dniach podróży dotarliśmy w końcu do celu! Nasz pierwszy przystanek we Włoszech to Vicenza, niewielkie miasto położone blisko Padwy. Vicenza słynie z architekta Andrea Palladio który w XVI wieku zaprojektował wiele budynków w mieście i w okolicach. Na miejsce przybyliśmy koło 14.00 i jak tylko rozpakowaliśmy nasze rzeczy puściliśmy się na miasto. Po drodze pierwszy przystanek lodziarnia - bo gdzie jak gdzie ale we Włoszech lody są przepyszne! Zwłaszcza jeśli jest tak ciepło - tutaj nadal lato - 26-27 C. Potem kierunek stare miasto. W pierwszej kolejności udaliśmy się do najsłynniejszego obiektu w mieście - Teatro Olimpico, ponoć najstarszy isniejący i stale działający teatr w Europie, zaprojektowany przez.... Andrea Palladio oczywiście. Stamtąd spacerem udaliśmy się na Piazza Biade, gdzie w ten weekend prezentowały się różne regiony Włoch ze swoimi specjałami, oczywiście kulinarnymi. Nęciły więc sery, wędliny, oliwki, słodycze, oliwa i aż trudno było oczy oderwać od tych kolorowych pyszności. Popróbowaliśmy oliwek i nie mogliśmy oprzeć się by nie kupić oliwy. Tak zaczęły się już pierwszego dnia nasze zakupy. Wolę nie myśleć jak nasze auto będzie wyglądało za dwa tygodnie, gdy bedziemy wracać do domu ;-)
Więcej o Vicenzy jutro, a poniżej parę zdjęć z targów.