Showing posts with label Azjatycka Odyseja w wersji skróconej. Show all posts
Showing posts with label Azjatycka Odyseja w wersji skróconej. Show all posts

1 March 2014

Or Tor Kor Market w Bangkoku


Aż trudno uwierzyć, że dopiero w tym roku odkryliśmy jeden z najbardziej zachwycających targów w Bangkoku a być może w tej części świata! Or Tor Kor - bo tak się nazywa, zachwycił nas, zaparł dech w piersiach, po prostu oczarował! Rzędy równiutko ułożonych owoców, zupełnie jak od linijki, wszelakie możliwe warzywa, ryby, mięso no i gotowe już smakowitości, od sałatek czy satajów przez omlety z ostrygami i małżami, potem zupy, różnorakie curry, owoce morza aż po słodkości. Nie wiadomo gdzie patrzeć i czego smakować. Do tego targ jest bardzo czysty, jasny i przestronny. Łatwo też do niego dojechać metrem, wysiada się dosłownie u wejścia! A wszystko zaczęło się od serii programów Ricka Steina z jego podróży po Azji. Jakoś tuż po Nowym Roku oglądałam w telewizji odcinek o Tajlandii w którym Rick Stein wracał po wielu latach do różnych ciekawych miejsc. W pewnym momencie zaczął zachwycać się tym ogromnym targiem w Bangkoku, a ja zaczęłam się zastanawiać jak to się stało, że ja nawet o nim nie słyszałam!!! Rzuciłam się do Lonely Planet i tam ani słowa. Dopiero wyszperałam w internecie i oto Or Tor Kor znalazł się na szczycie listy miejsc do zobaczenia w czasie tej podróży. Udaliśmy się tam po raz pierwszy trzy tygodnie temu (wiem, nie wspomniałam ani słowa, ale też nie mieliśmy zupełnie czasu na osobny wpis), można by rzec - na zwiady. I zachwyciliśmy się! Tak więc postanowiliśmy udać się tam na spacer naszego ostatniego dnia w Bangkoku i w Tajlandii, żeby przede wszystkim coś zjeść, ale może i zrobić małe zakupy :-) W zeszłym roku przywiozłam trzy rzeczy, które posadziłam w nadziei, że u nas wyrosną. Kawałek świeżego korzenia galangalu (bo choć imbir jest dostępny to galangalu się u nas nie uświadczy) i niestety chyba nie spodobało mu się w mojej doniczce bo odmówił współpracy i postanowił zastrajkować. Tak więc na tym polu porażka. Mam nadzieję, że była to wina korzenia (nie wyglądał super świeżo) i może tym razem znajdę jakiś piękny świeżutki i uda mi się. Przywieźliśmy też kolendrę nazywaną tutaj "farang" - obcą - bo oryginalnie zdaje się z Ameryki Południowej. Zupełnie kolendry nie przypomina, to długie wąskie liście bardziej podobne do naszego mlecza. I o dziwo przyjęła się (kupiliśmy pęczek jeszcze z korzonkami) lecz chyba nasz klimat jej nie sprzyjał, bo puszczała małe listki i od razu pojawił się kwiatostan :-( Tak więc o powodzeniu nie można mówić. Za to trawka cytrynowa świetnie rośnie, w tym roku, jak zrobi się ciepło przesadzimy ją na działce do ziemi. Mam nadzieję, że pięknie się rozkrzewi.
No ale wracając do tematu :-) Gorąco zachęcam tych co wybierają się w te strony do odwiedzenia tego targu! Z pewnością nie pożałujecie! Ja już wiem, że będę tam zaglądać za każdym razem, kiedy tylko tu przyjadę. Targ czynny jest codziennie od rana aż do wieczora.Trzeba pojechać metrem MRT do stacji Kamphaneg Phet i wychodząc skierować się do wyjścia nr.3. Po wyjściu na powierzchnię naszym oczom ukaże się ogromny zadaszony targ.
To już ostatni wpis z podróży :-) Jest sobota, zaraz wybieramy się na zakupy, wieczorem kolacja w Chinatown, jutro w planach wspomniany wyżej market, a potem już tylko wieczorem lotnisko i droga powrotna do domu.W poniedziałek będziemy już u siebie i coś czuję, że szybko pojawi się na naszym stole coś stąd, bo będzie nam tęskno.

Jak widać poniżej, Or Tor Kor to bardzo przestronny targ.





Nie brakuje oczywiście wszelakiego rodzaju ryb i owoców morza






Są też różne inne lokalne specjały: pasty curry czy gotowe dania na wynos



I wszelakie inne specjały gotowe do spożycia :-)







Pyszny omlet z ostrygami i małżami


No i słodkości





Zachwyciły mnie pięknie opakowane mandarynki


Nie zabrakło też króla tutejszych owoców - duriana, za którym osobiście nie przepadam


27 February 2014

Tłusty Czwartek w Tajlandii


Dziś Tłusty Czwartek i przyznam, że omal o nim nie zapomnieliśmy :-) Tutaj w Tajlandii oczywiście się go nie obchodzi. Niemniej jednak wybraliśmy się na duży targ, który jest w naszej miejscowości w poniedziałki i czwartki i znaleźliśmy jedno stoisko z ciastkami w zachodnim stylu a wśród nich pączki! Nie takie polskie z różą, bardziej w stylu angielskim - z dziurką. Ale pączek jest pączkiem i kupiliśmy oczywiście paczuszkę! Ale, żeby zupełnie nie oderwać się od tutejszych klimatów, kupiliśmy też paczuszkę pysznego "sticky rice" (specjalnego ryżu gotowanego tak, by ziarenka się do siebie lepiły) ze słodziutkim mango i z sosikiem kokosowym. 
To już ostatnie dni naszego leniuchowania nad morzem.  Wszystko co miłe szybko się kończy, w sobotę wracamy do Bangkoku a stamtąd już prosto do domu!!! Czekają nas jeszcze ostatnie zakupy przed wyjazdem, obowiązkowe przyprawy i sosy, jakieś świeże listki może. Ostatnia wizyta na fantastycznym targu w Bangkoku (o tym będzie w sobotę w ostatnim wpisie z naszego wyjazdu) i potem powrót! Z jednej strony tęsknimy za domem ale z drugiej chciałoby się tu zostać jeszcze kilka tygodni i wygrzewać się w tym słoneczku zajadając pyszności :-)
Życzymy Wszystkim czytelnikom smacznych pączusiów!!!

23 February 2014

Morze, słońce i plaża...



To już praktycznie ostatni etap naszej podróży - zaczęły się można by to nazwać - wakacje :-) Jesteśmy z powrotem w Tajlandii, tym razem nad morzem w naszym ulubionym, cichym i spokojnym miejscu. No i cóż, odpoczywamy, kąpiemy się w morzu, spacerujemy po plaży, czytamy książki, pełen relaks :-)
I znowu wrócę do tematu zupy na ryżu, nazywanej tu "congee" lub po prostu "porridge" (taki nasz jakby kleik). Wiem, że już pisałam o niej parę razy, ostatnio we wpisie z Penangu (ale tam ta zupa w innej formie, tzn z zupełnie innymi dodatkami), lecz nadziwić się nie mogę, że tyle już razy byłam w tym kraju a wcześniej się na nią nie skusiłam!!! Zwłaszcza w Tajlandii ta zupka jest po prostu REWELACYJNA!!! Jadana na śniadanie, z dodatkiem mięska (kuleczek podgotowanej wcześniej wieprzowiny), z jajkiem (ugotowanym wcześniej na wpół miękko, tak że białko prawie ścięte a żółtko płynne), z zieleniną (cebulką) oraz z cieniutko pokrojonym w paseczki świeżym imbirem, który nadaje tej zupie fantastycznego aromatu! Do tego jeszcze różne małe dodatki, prażona cebulka czy coś jakby drobniutki makaronik. Każdy sobie taką zupę przyprawia tutaj według upodobania - chilli, sosem sojowym cukrem, sosem rybnym etc... Całość trzeba dokładnie wymieszać, wtedy żółtko nadaje zupie kremowej konsystencji. Zakochałam się w tej zupie, podobnie jak cała rzesza turystów! Nie muszę dodawać, że codziennie rano idziemy na nasz lokalny targ za rogiem na zupkę na nasze śniadanie. Takie danie kosztuje ok. 3 złote a jakie pyszne i niewątpliwie zdrowe. Piszę tyle o tej zupie, bo chciałabym zachęcić tych co się wybierają w te strony, żeby koniecznie spróbowali!!!
Poza tym pałaszujemy ogromne ilości świeżych owoców: mango, ananasów, jack fruity i papaje, co tylko nam wpadnie w ręce. Spacerujemy popołudniami po ulicach i zajadamy satay-e (takie malutkie grillowane szaszłyczki), różne grillowane lub smażone zakąski, a wieczorami żywimy się w różnych okolicznych restauracyjkach, lub po prostu na ulicy, gdzie rozłożone są stoliki. Żyć nie umierać! Będzie nam bardzo brakować tego jedzonka po powrocie do domu!

We are back in Thailand on the lower east coast. Sea, sand and sun although we had a couple of very severe rainstorms since our arrival. We are pretty much in a set routine with our eating pattern. We have both fallen in love with congee, the rice porridge dish that a lot of Thais have for breakfast. It is thickish rice gruel in which a semi boiled egg is put which is srired in to finish cooking in the hot soup. It also has finely shredded fresh ginger, various green leaves and spring onion and can have various types of mince meat, offal etc. Sometimes they sprinkle on crispy fried noodles and onions. For a breakfast dish it is delicious! Lunch time we normally have a salad with fresh veg bought at our local market with deep fried chicken or fish etc. We also but plenty of fresh mango, papaya, pineapple, jackfruit, bananas etc... so we are certainly getting our daily 5 portions of fresh fruit and veg. The evening there is so much choice that it is sometimes difficult to decide what and where to eat. There are a lot more muslims in this part of Thailand so you get excellent curries cooked my muslim ladies (some photos below). Also plenty of fresh sea food from a variety of whole fish, shells, crabs, squid, prawns and even the caviar from giant catfish. The local market is as colourful as ever selling a huge variety of fresh veg, fresh and dried sea foods and fruit. There are also a big veriety of snacks sold from the carts which come out during early evening and are parked along the main and side streets.

Poniżej parę fotek z jednego z naszych obiadów. Tym razem wybraliśmy się do bardzo sympatycznej i malutkiej restauracyjki prowadzonej przez muzułmanów (tutaj na południu Tajlandii jest znaczny procent muzułmanów). Curry pysznie doprawione, pikantne i do tego zupka, nieco inna, bo z wołowiną.
Below some of the curries and a soup we had in a small muslim restaurant.




No i różne specjały na wieczornym targu / Different snacks





No i tutejsza wersja zupki ryżowej "Congee" / And our favourite rice porridge "Congee"


16 February 2014

Relacji z Penangu część druga


Pierwsze co ciśnie mi się na usta to – GORĄCO!!!!! Muszę, że Bangkok w porównaniu z George Town to pestka :-) Pamiętam, że i trzy lata temu nie było łatwo, ale wtedy byliśmy mniej więcej miesiąc później (w połowie marca) i lało prawie codziennie. Teraz mają tu od miesiąca suszę, co nie jest naturalne w tej części świata, trawniki są pożółkłe, rośliny nie wyglądają najlepiej, temperatura sięga +35 C a że jesteśmy nad morzem, jest też bardzo wysoka wilgotność i są chwile, że nie ma czym oddychać. Staramy się więc wstawać wcześnie i rozpoczynamy nasze spacer koło 8.00 rano, kiedy jest jeszcze zupełnie przyjemnie. Po 10.00 robi się wilgotniej i zdecydowanie goręcej a w południe ucinamy sobie sjestę, bo ciężko się zachwycać tym co nas otacza, kiedy żar leje się z nieba, człowiek ocieka potem i ciężko zebrać myśli. Za to popołudniami choć nadal gorąco, to jednak już słońce nie praży i można sobie znów pospacerować, zwłaszcza przy nabrzeżu jest miła bryza od morza.
A co do kulinariów, to nadal królują u nas zupy! Wydaje mi się, że poprzednim razem w ferworze odkrywania potraw umknęły nam one nieco uwagi. To znaczy jedliśmy je ,ale nie zwracaliśmy aż takiej uwagi na ich rodzaje i smaki. Szczególnie zasmakowała nam zupka lekko kwaśna, mocno pikantna, której składniki wybiera się samemu z całego wachlarza możliwości. Palce lizać!
Noszę w kieszeni nowe wydanie przewodnika po lokalnych kulinariach. Jest to rodzaj małej broszury, z jednej strony mapa miasta i opisy najbardziej popularnych tutejszych dań, a na drugiej cała lista tych specjałów (ok. 30), wraz ze zdjęciami oraz adresami miejsc, w których można tych rzeczy popróbować. Pamiętam, że trzy lata temu spróbowaliśmy praktycznie każdego z tych dań, teraz już tak kurczowo nie trzymamy się mapy i wybieramy raczej to co nam szczególnie smakowało. Poszperałam też trochę w internecie i odkryliśmy kilka nowych (a w zasadzie starych) miejsc, gdzie trudno o wolny stolik, że się tak wyrażę. Każdy ma tu swoją specjalizację (nie mówię oczywiście o restauracjach, które oferują szersze menu) i co za tym idzie staje się też swojego rodzaju mistrzem w tym co robi. No bo jeśli ktoś przez 30 lat przygotowuje na przykład kleik ryżowy, który nazywa się „congee” (pisałam o nim ostatnim razem i wspominam i teraz bo wracaliśmy do tego starszego pana kilka razy, tak pyszną zupę robi) to w pewnym sensie staje się mistrzem w tym wąskim zakresie. Ma swoje stałe grono klientów i pewny zarobek, pod warunkiem, że utrzymuje świetny poziom swojego dania. A że konkurencja na tym polu tutaj jest niemała, więc ci słabsi, którzy się nie przykładają i to co podają odstaje od oczekiwań, tacy szybko stracą klientów i będą musieli zwinąć interes. Bo oni (w przeciwieństwie do wielu restauracji na przykład w Krakowie) żyją tu nie z turystów, którzy przyjdą raz a potem pojadą sobie gdzie indziej, lecz właśnie z lokalnej ludności, która przychodzi masowo i codziennie i pocztą pantoflową podają sobie namiary na najlepsze miejsca. I może właśnie to jest tajemnicą tego, że w tej części świata można świetnie zjeść prawie wszędzie. Do pana od kleiku, który ma marne 2 plastikowe stoliki na środku bardzo ruchliwej targowej ulicy, ustawiają się od świtu kolejki. Bardzo lubię go obserwować, jak z uśmiechem pracuje i nie zatrzymując się ani na chwilkę kroi i sieka wkładkę do zupy (wszystko co daje prosiak – od ozora po flaczki i chrupiącą skórkę) a jego pomocnica (córka?) nalewa zupę i podaje klientom. I tak kilka godzin non stop. I nie on jeden ma taką pasję. Poszliśmy pewnego dnia do innego pana, który robił zupki wegetariańskie i on tak samo, bez chwili spoczynku kroił i siekał, gotował makaron i wontony, jakby podrygując w rytm swojej pracy, nieustannie uśmiechnięty. Aż przyjemnie jest zjeść jedzenie przygotowane przez takich ludzi.
Ale czas na nas, to już koniec naszego tygodnia na tej wyspie, wracamy do Bangkoku by zaraz udać się dalej...

This will be our last entry from Penang. We fly back to Bangkok. The weather has been extremely hot, even the locals are complaining. They had no rain for about a month and everything is bone dry and dusty. The daily temperatures have gone as high as 35 C. We try and get up early, go for our breakfast which is invariably rice porridge, roti canai or some such. After we have shopped for our daily ration of fruit on our local market. Although we bought a weekly bus pass we are inclined to do a lot of walking especially around Little India and the Old Colonial Quarter. We the bus it back to the hotel to rest up during the hottestv hours of the day before heading out for an evenig meal. This time we have tried a lot more local soups and I must say they are really very good. There are dozens of food courts and coffee shops where you will find stalls selling a large variety of soups, mostly with noodles of different types either with meat, seafood or plain vegeterian. You find that a stall holder only specialaises in one or two different types of soup or other dishes. It is great watching them cook, as they do it with so much passion and pride, and you can normally tell which are the best stalls because of the amonut of locals eating there and none of them will break the bank.
We found a little stall on our local market where a guy and possibly his doughter, sell rice porridge (congee). It seems he has been doing it for many many years. He has two small tables with half a dozen stools in front of his stall and two large steeming pots of the rice mixture. The other ingredients are: finely chopped pork, crackling, pigs' tongue and other intestines. Over that he pours a ladelfull of steeming hot rice porridge, his doughter sprinkles a handful of chopped spring onions a dash of pepper and soy. You sit at the table and eat is as the market bustles around you. All this for the magic price of about 75p.
Our second visit to Penang has been as successfull as the first and well worth suffering the heat and humidity.

Dwie bardzo smaczne zupki - "curry mee" i "lam mee" (mee - to po malajsku makaron) / Two very tasty soups we had one day for lunch - curry mee and lam mee (mee means noodles)



I świetna wegetariańska zupka - wanton mee, na śniadania / A very tasty vegeterian soup for one of our breakfasts


I nasze odkrycie - lekko kwaśna zupa "Hakka yong tau fu", rewelacja!!! ? Great spicy and sour soup! Hakka yong tau fu :-)


A składniki do powyższej zupki wybiera się samemu, a wybór jest spory - patrz poniżej :-) ? The ingredients for the soup everybody choses on his/her own, and there is plenty of choice :-)


No i nie obeszło się bez kuchni Nyonya - pyszna rybka  w sosie obowiązkowo z ryżem/ and a great Nyonya dish - with fish


I nie mogliśmy się oprzeć kuchni indyjskiej - oto pyszne thali w dwóch wersjach ? We obviously coudn't resist some more Indian food - below two versions of thali




13 February 2014

Penang


Nasz kolejny przystanek to wyspa Penang, a konkretniej George Town, w Malezji oczywiście. Jeśli ktoś śledzi nasze podróże, to być może pamięta, że byliśmy tutaj podczas naszej pierwszej azjatyckiej wyprawy trzy lata temu. Mieliśmy wtedy w planie zatrzymać się na jakieś trzy dni a zostaliśmy o ile pamiętam dziesięć, tak nas to miejsce zauroczyło i ujęło. Nie będę się zbytnio rozpisywać o historyczno-kulturalnych walorach tego miasta, bo to łatwo sobie wyszukać w sieci. Bardziej chciałabym pisać o naszych doznaniach kulinarnych i o tym jak postrzegamy to miejsce po raz kolejny, a pewne zmiany zaszły. Nie mogę nie wspomnieć, że Penang uważany jest przez wielu za jedną z kulinarnych stolic Azji i nawet nie chodzi tu o ilość miejsc gdzie można zjeść, bo zasadniczo prawie na każdym rogu spotkać można ulicznych sprzedawców rozmaitych dań i specjałów, a bardziej o fakt, że wyspa ta dała początek unikalnej kuchni powstałej z przeplatania się różnych kultur i narodów, które tu osiadły. Dziś nazwalibyśmy taką kuchnię „fusion”. A wylądowali tu Anglicy, Chińczycy, Hindusi, Indonezyjczycy i oczywiście Malajowie. Powstał tygiel, w którym rozwijał się bujnie handel, kultura i oczywiście kuchnia. Samo George Town kilka lat temu zostało wpisane na listę UNESCO i przyciąga coraz szersze rzesze turystów. Nam szczególnie trudno się oprzeć urokowi uliczek, pięknych domów i świątyń (hinduistycznych, chińskich, chrześcijańskich czy meczetów), tej fascynującej mieszanki. Szczególnie lubię spacerować pod wieczór, gdy słońce jest już nisko i ciepłymi promieniami oświetla to miasto. Z jednej strony słychać muezzina nawołującego do modlitwy a z drugiej dobiega z głośników muzyka rodem z Bollywood. Zapachy curry mieszają się z kadzidłami. Jednej chwili jest się w Indiach a za chwilę w Chinach.
Co do zmian to w ciągu ostatnich trzech lat to otworzono w końcu po remoncie kolejkę na Penang Hill (choć kosztuje teraz 30 RM a nie jak kiedyś 1 czy 2 RM), na ulicach pojawiły się ciekawe jakby instalacje metalowe, które w ciekawy i często wesoły sposób informują o różnych ciekawostkach oraz w wielu miejscach artyści wykonali ciekawe malowidła czy instalacje. Wydano nawet specjalną mapę, na której zaznaczone są wszystkie punkty w mieście, gdzie napotkać można „street art”. Bardzo nam się ten pomysł spodobał.
A co do kulinariów, jak widać na zdjęciach znowu pofolgowaliśmy sobie (i cały czas to czynimy). Na górze zdjęcie jednego z popularnych tutaj deserów „ais kacang” czyli zmielony lód polany syropem z dodatkiem różnych żelek, fasoli i kukurydzy. Nie obeszło się bez różnych zup :-) Generalnie z makaronem i różnymi dodatkami, jest ich tu całe mnóstwo, różnią się smakiem, kolorem i wkładką, aż trudno wyliczyć tutaj wszystkie. Zjedliśmy też rewelacyjną rybę (płaszczkę) grillowaną w liściu bananowym, z ostrymi sosami, tutejszą klasykę czyli „Nasi Kendar” - ryż z różnymi curry, zupę „porridge”, jakby kleik ryżowy z najróżniejszymi dodatkami (to bardzo popularne danie na śniadanie), zjedliśmy też oczywiście południowo-indyjską dosę i kolejny tutejszy specjał: „Beef Rendang” i „Chicken Kapitan”. Jesteśmy tutaj do poniedziałku i postaram się wrzucić jeszcze jedne wpis z tego wyjątkowego miejsca.



We arrived back in Penang after a three year gap. Originally when we came we planned to stay only three days but found it such a fascinating place that we stayed for ten. This time we booked for the straight eight days in the same hotel as before. There are a few changes in George Town, a lot more of the old traditional shop houses have disappeared and amany more are very run down. There are still lots of building going on, specially in the less developed areas of the island with luxury high rise appartments and very very nice estates with modern design houses. I am not going to say too much ab out the history as we covered most of it the last time we were here, but if anybody is interested it is easy to find it on the net. Penang is classed as one of the foodie places to visit with its mixture of Malay, Chinese, Indian and Nyonya food, which in itself is a fusion between the Chineese who came here to work early in its history and married into Malay families. They still have the Penang food trail map but the number of food outlets includen in the map seems to have grown since we were last here. Once again we have tried for breakfast „Roti Canai” in a couple of different muslim and indian restaurants, porridge (congee) from a stall on the local market, a number of different noodle soups, rice dishes (Beef Rendang, Chicken Kapitan, Nasi Kandar), we even found quite by chance a lok lok stand which is various titbits (fish, prawns, vegetables, meat, eggs etc) on sqewers with different colour on the ends which denotes their price. Some already cooked and the others you coon yourself in a vat of boiling stock. You grab a plate of the lady, put on your preffered sauce and away you go. You save the sqewers which you give to the lady when you finished eating and she tots up the price according to the color on the end of each sqewer. Needless to say it is wonderfully tasty and fantsatically cheap. Again this time we took a weekly bus pass and either walk or go everywhere by local bus. In 2012 George Town celebrated the „George Town” Festival. As part of the Festival 18 large murals were painted by a local armenian artist in and around the center. Also since we were last here over 50 black metal wire type instalations appeared on the streets, fixed to the buildings, depicting some aspects of what went on in particular places. For example near our hotel on a wall there is one talking about Jimmy Choo, the now very famous and rich shoe designer, who apparently learned his trade very near to where we are staying. It is a fascinating city with its mixture of cultures, on one corner a mosque with a muezzin calling the faithful to pray, on the other corner chinese temple and a bit further down a hindu temple and Bollywood style music blasting out from Little India.
We are here till Monday and hopefully will manage to put another entry.

Parę fotek sztuki ulicznej / photos of some new street art







I instalacje z różnymi ciekawostkami - np. koło naszego hotelu uczył się fachu słynny projektant butów Jimmy Choo :-)


A poniżej rózne lokalne specjały, którymi się raczymy / Below some of our meals :-)
Zupki Koay Teow / Koay Teow soups:



Zupa ryżowa - tzw.  Rice Porridge lub Congee


I pan, który od lat w tym samym miejscu na lokalnym targu przygotowuje co rano tę zupkę / Porridge maker from the local market



Zupki z gęsią i z kurczakiem / soups with goose and chicken



I płaszczka / Grilled skate wings



Beef Rendang, Chicken Kapitan i Biryani


Masala Dosa


Nasi Kendar


I "lok lok", malutkie szaszłyczki ze wszystkiego dosłownie / Lok Lok