30 April 2012

fasolka w pomidorach


Niedawno dostałam woreczek pięknego suszonego "Jasia". Wielki już nie jedliśmy fasoli w sosie pomidorowym, więc połowę od razu namoczyłam i na drugi dzień mieliśmy pełen gar tych pyszności!

Fasolka "jaś" w sosie pomidorowym

300 g suszonej fasolki "Jaś"
200 g wędzonego boczku
1-2 laski kiełbasy
1 puszeczka przecieru pomidorowego (polecam Pudliszki)
2 łyżki masła
1 duża cebula posiekana
20-25 g mąki

Fasolę płuczemy, zalewamy zimną wodą i zostawiamy na noc aby napęczniała. Następnego dnia odcedzamy fasolę i zalewamy świeżą wodą tak by fasola była przykryta i gotujemy (bez soli!) ok 40 minut, aż falosa będzie miękka. W tym samym czasie gotujemy boczek w niewielkiej ilości wody około 30 minut. Wyciagamy boczek by ostygł. Cebulę rumienimy na maśle, dodajemy mąkę, smażymy mieszając przez chwilę i powoli rozprowadzamy wywarem z boczku. Dodajemy koncentrat pomidorowy, mieszamy i dodajemy do ugotowanej fasoli. Kiełbasę kroimy na półplasterki, boczek kroimy w kostkę i wszystko dodajemy do fasoli. Doprawiamy pieprzem i ewentualnie solą, jeśli potrzeba, zagotować przez chwilę i gotowe!


I wiosna na działce :-)








27 April 2012

pasta z sera białego ze szczypiorkiem


Wczoraj zebraliśmy nasze pierwsze w tym roku "plony" na działce! Pieknie rośnie nam szczypiorek i od razu pomyślałam, że nie ma nic pyszniejszego na śniadanie, jak własny świeży chleb z pastą z białego sera. W ruch poszły nożyczki i już po chwili miałam w ręce pęczek pięknego, młodziutkiego, pachnącego szczypiorku! Kupiłam kawałek białego sera i upiekłam świeży chleb. Takie wiosenne śniadanie to po prostu poezja! Gorąco polecam!

Pasta z serka ze szczypiorkiem

300 g białego sera np. półtustego
spory pęczek szczypiorku
kilka łyżek śmietany (12 lub 18 %)
sól

Ser wkładamy do miseczki i rozdrabniamy widelcem. Dodajemy śmietanę i mieszamy do uzyskania odpowiedniej konsystencji (jak pasta). Myjemy i osuszamy szczypiorek, siekamy i dodajemy do sera. Doprawiamy sola i mieszamy. Przechowujemy w lodówce przykryty folią spożywczą. Podajemy z chlebem.



24 April 2012

pierś indycza nadziewana morelami i śliwkami


Już bardzo dawno nie piekłam piersi indyczej nadziewanej owocami. Jest ona bardzo aromatyczna i do tego bardzo ładnie wygląda. Mięso pieczemy stosunkowo krótko, lecz w wyższej temperaturze, dzięki czemu jest pysznie wilgotne i soczyste. Mnie bardzo smakuje na przykład z kopytkami, ale śmiało można podawać po prostu z młodymi ziemniaczkami i na przykład z selerową surówką.  Gorąco polecam!

Pierś indyka nadziewana morelami i śliwkami

1 pierś indycza ok 1 kg
150 g suszonych moreli
150 g suszonych śliwek kalifornijskich
1 szklanka wina białego/różowego wytrawnego
2 łyżki masła
sól/pieprz
1 łyżka mąki

Kilka godzin przed pieczeniem moczymy śliwki i morele w winie. Pierś indyczą myjemy, osuszamy i nacinamy. Do nacięcia wkładamy odcedzone morele i śliwki, składamy pierś i zszywamy brzegi kordonkiem lub obwiązujemy dookoła (pozostałe śliwki i morele zostawiamy do udekorowania mięsa przed podaniem). Pierś solimy i pieprzymy i układamy w brytfannie. Smarujemy po wierzchu roztopionym masłem i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 220 C. Pieczemy 15 minut po czym zmniejszamy temperaturę do 180 C i pieczemy jeszcze 25-30 minut. Podczas pieczenia parokrotnie polewamy pierś indyka pozostałym winem. Po upieczeniu wyciagamy indyka z piekarnika i odlewamy powstały sos do rondelka. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem (w razie potrzeby), mieszamy mąkę z odrobiną wody i dodajemy do sosu. Zagotowujemy by sos zgęstniał. Usówamy nitkę czy kordonek i kroimy pierś na plastry i podajemy udekorowane pozostałymi śliwkami i morelami i polane sosem.
Pierś dużo łatwiej kroi się po przestygnięciu. Można później ją szybko podgrzać na przykład w kuchence mikrofalowej.

15 April 2012

najzwyklejsze galaretki z kurczakiem i warzywami



To zupełnie zwyczajna galaretka z warzywami i kurczakiem ale takie proste rzeczy smakują najlepiej!

Galaretka z kurczakiem i warzywami

2-3 udka kurczaka lub 2 nóżki
2 marchewki
1 pietruszka
1 malutki seler
2 listki laurowe
3-4 ziarna ziela angielksiego
3-4 ziarna pieprzu
sól
10 g żelatyny
3-4 łyżki groszku konserwowego

Kurczaka myjemy, warzywa obieramy i kroimy na połówki. Wszystko umieszczamy w rondlu, zalewamy gorącą wodą, dosajemy sól oraz liście laurowe, ziele angielskie i ziarenka pieprzu. Gotujemy na małym ogniu około 25-30 minut. Wywar odcedzamy, do osobnego rondla a mięso (bez skóry) i warzywa po ostudzeniu kroimy w kostkę. W niewielkich naczyniach (np. filiżnakach) układamy groszek, warzywa oraz kurczaka. Odlewamy pół litra wywaru i zagotowujemy. Zdejmujemy z ognia, dodajemy żelatynę i intensywnie mieszamy aż do całkowitego rozpuszczenia się żelatyny. Gdy płyn przestygnie zalewamy nasze galaretki i umieszczamy w lodówce aż stężeją.
Podajemy z sokiem z cytryny lub octem oraz pieczywem.


10 April 2012

zupa chrzanowa na Wielkanoc


Ta zupa to mój ostatni pomysł na te Święta Wielkanocne. Nigdy nie jadłam zupy chrzanowej, nie mówiąc już o przygotowywaniu takowej, ale mam do dziś żywy w pamięci smak sosu chrzanowego mojej Babci i wyobraziłam sobie jak powinna smakować moja zupka. Warunkiem jest tu użycie świeżego korzenia chrzanu, bo nie tylko ma bardziej intensywny aromat ale nie zawiera ani octu ani kwasku cytrynowego przez co zupa nie robi się kwaśna. Zupa jest moją radosną twórczością, ale wyszła tak jak sobie ją wyobraziłam więc jestem bardzo zadowolona :-) Jest kremowa w konsystencji, delikatnie ostra, pachnie i smakuje chrzanem i wędzonką.

Zupa chrzanowa

ok. 100 g świeżego korzenia chrzanu
250 g wędzonego surowego boczku (możliwie chudego)
3-4 ziemniaki
1 litr wywaru drobiowego
ok. 100 ml śmietanki 18 %
sól/pieprz
jajka ugotowane na twardo

Boczek wkładamy do rondla i zalewamy wrzątkiem, po czym gotujemy na małym ogniu ok. 30 minut. Wyciągamy i zostawiamy do ostygnięcia, po czym kroimy w kostkę i odstawiamy by później dodać do zupy. Wywar z gotowania boczku dodajemy do wywaru drobiowego i zagotowujemy. Wrzucamy obrane i pokrojone na mniejsze kawałki ziemniaki i gotujemy do miękkości. Chrzan obieramy obieraczką do warzyw, kroimy na plasterki i wrzucamy do blendera. Miksujemy po czym dodajemy ugotowane ziemniaki i miksujemy ponownie do uzyskania gładkiej konsystencji. Chrzan dodajemy do zupy i gotujemy kilka minut. Na koniec dodajemy śmietankę, mieszamy i gotowe.
Zupę podajemy z pokrojonym w kostkę boczkiem oraz ćwiartkami jajek.

 

9 April 2012

jajka faszerowane pomidorami suszonymi na słońcu


W tym roku na Wielkanoc mój program kulinarny został nieco okrojony. Zazwyczaj przygotowywałam jeszcze sałatkę, jakieś specjalne wędliny i sosy, więcej ciast, a potem wszystko to jedliśmy jeszcze przez tydzień. Postanowiłam nieco przystopować, choć i tak świąteczne jdało będziemy pewnie dojadać jeszcze parę dni. Upiekłam jedno jedyne ciasto (Simnel, o nim napisałam wczoraj), do tego tradycyjne już u nas w domu Hot Cross Buns, przepyszne, oraz chałkę. Oczywiście przygotowałam też nasze ulubione śledzie i domowy chrzan. No i dla odmiany jajka faszerowane. Tym razem w klimacie włoskim, bo z pomidorami suszonymi na słońu :-)

Jajka faszerowane suszonymi pomidorami

5 jajek ugotowanych na twardo
5-7 suszonych pomidorów
2-3 łyżki majonezu (można zastąpić gęstym jogurtem greckim)
kapary do przybrania

Jajka kroimy wzdłuż na połówki. Wyciągamy żółtka i umieszczamy w blenderze. Do żółtek dodajemy majonez/jogurt i miksujemy na gładka masę. Nakładamy delikatnie łyżeczką do jajek i dekorujemy kaparami. Gotowe!




8 April 2012

ciasto Simnel na Wielkanoc


Po raz pierwszy upiekłam na Wielkanoc tradycyjne ciasto angielskie - Simnel Cake. Legenda głosi że Simon and Nell, dwoje rodzeństwa, postanowiło upiec na dzień Matki ciasto. Długo dyskutowali jak je przygotować, a efekt końcowy otrzymał nazwę stworzoną ze skrótu ich imion. Od wieków młode dziewczyny i chłopy będący na służbie u możnych przygotowywali takie ciasta na dzień Matki (w czwartą niedzielę Wielkiego Postu). Był to jeden z niewielu dni wolnych od pracy i mogli wybrać się wtedy z wizytą do domu. Ciasto takie było przechowywane aż do Wielkanocy, stąd tradycja jedzenia go własnie w to święto. Ciasto pokryte jest marcepanem z 11 symbolicznymi kulkami - każda reprezentuje jednego z apostołów (wyjąwszy Judasza). 
Ciasto wyszło przepyszne! Przypomina angielskie ciasto Bożonarodzeniowe, lecz bez dodatku alkoholu.

Simnel Cake 
ciasto Simnel

175 g masła
175 g drobnego cukru do wypieków
3 jajka
250 g mąki ( np.tortowej )
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
1/2 łłyżeczki mieszanki mixed spice (można zastąpić przyprawą do pierników)
5 łyżek mleka
2 łyżeczki golden syrup (można użyć miodu)
450 g currants (drobniutkie rodzynki)e
50 g zwykłych rodzynek
100 g rodzynek sułtanek
25g kandyzowanych wiśni (posiekanych)
100 g mieszanej skórki kandyzwoanej
450 g marcepanu
dżem morelowy
rozbełtane jajko do posmarowania na wierzchu

Ucieramy dobrze masło z cukrem. Dodajemy nadal ucierając po jednym jajku i odrobinie mąki (wymieszanej z proszkiem do pieczenia). Dodajemy przyprawy, mleko i syrop (miód) i nieco mąki. Mieszamy dokładnie. Na koniec dodajemy pozostałą mąkę oraz rodzynki, czereśnie i skórkę kandyzwoaną i mieszamy dokładnie. Tortownicę o średnicy 20 cm smarujemy masłem i wykładamy papierem do pieczenia. Przekładamy połowę ciasta do formy. Połowę marcepanu wałkujemy w kształcie koła o średnicy 20 cm i kładziemy do formy na wierzch ciasta. Na marcepan nakładamy pozostałą połówkę ciasta i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 C. Pieczemy godzinę po czym skręcamy temperaturę do 140 C i pieczemy dalsze 2,5 godziny. W razie potrzeby przykryć papierem do pieczenia, żeby ciasto zbytnio się nie zrumieniło z wierzchu. Przed wyjęciem sprawdzamy patyczkiem czy jest dobrze upieczone. Zostawiamy w tortownicy na kratce aż przestygnie. Pozostały marcepan dzielimy na d części. Jedną wałkujemy w kształcie koła o średnicy 20 cm, z pozostałej częśći formujemy 11 kulek. Ciasto smarujemy po wierzchu rozpuszonym dżemem i kładziemy rozwałkowany marcepan. Smarujemy rozbełtanym jajkiem, układamy 11 kulek i je również smarujemy jajkiem. Ciasto umieszcamy w rozgrzanym piekarniku pod grillem na kilka minut by się marcepan lekko zbrązowił. Gotowe!



A tak wygląda Wielkanocna Niedziela w Krakowie, coś się chyba "u góry" pomieszało ;-)






31 March 2012

ostatni dzień naszej podróży



To już ostatni wpis w dzienniku naszej podróży. W ostatnim tygodniu nie działo się wiele. Ostatniego wieczoru w Mirissie, gdy już straciłam nadzieję, udało nam się zobaczyć na plaży żółwicę składającą jajka. Po drodze z Mirissy do Negombo spotkaliśmy się z jeszcze jednym dawnym znajomym mojego męża, który mieszka blisko Colombo i zjedliśmy pyszny domowy obiad. Wczoraj wybraliśmy się na wycieczkę do Colombo, by zobaczyć miasto i zrobić ostatnie zakupy. Część stolicy jest bardzo ładna – Fort oraz część nabrzeżna, reszta wygląda jak każde inne miasto w tej częśći świata. Nie ma tu wielu atrakcji turystycznych, więc po prostu pospacerowaliśmy po centrum na tyle na ile upał nam pozwolił.
To co zostanie mi w pamięci ze Śri Lanki to z pewnością niezwykle mili ludzie, uśmiechnięci i życzliwi. To również  przepiękne widoki, kolorowe riksze, różne ptaki, oczywiście wieloryby i żółwie morskie. Rozczarowała nas kuchnia. Wyobrażałam sobie, że na Śri Lance będzie jedzenie coś jak w Indiach, lecz inaczej. Niestety nie ma tu zwyczaju jadania „na mieście”, stąd bardzo mało miejsc, gdzie można coś zjeść i do tego bardzo ograniczona różnorodność. Zasadniczo na śniadanie jada się tu tak zwane „spring hoppers” (zdjęcie u dołu bloga) czyli coś na kszatłt makaronu, do tego soczewicę i bardzo pikantny „coconut sambol”. Lunch to zazwyczaj „curry rice” (na zdjęciu u góry), czyli ryż i 3-4 różne curry + papadom. Wieczorem można zjeść „fried rice”, czyli ryż smażony z warzywami/jajkiem/kurczakiem, „kottu” czyli placuszek roti drobno poszatkowany i usmażony z warzywami/jajkiem/mięsem, lub „hoppers” (zdjęcie u dołu bloga) czyli rodzaj placuszka do którego podaje się sos curry. Są też tak zwane „small foods”, coś jakby samosy czy krokiety, czyli roti nadziewane na bardzo ostro i dostępne praktycznie przez cały dzień (o nich tutaj). W piekarniach sprzedawane są bułki z jajkiem, kurczakeim lub rybą i „curry puffs” z ciasta francuskiego. Rzeczywiście smacznie jedliśmy jedynie w kilku miejscach – w domach naszych znajomych, w paru hotelikach, gdzie właścicielka gotowała dla turystów i może w 2-3 małych restauracyjkach napotkanych przypadkiem. Parę dań nas zachwyciło. Na przykład rewelacyjne curry z młodego jackfruita-a, czy z owoców ambarelli, curry z buraczków, dyni czy marchewki oraz pyszny sos z mleczka kokosowego. Od jednej pani udało mi się wyciągnąć parę przepisów, które postaram się zrealizować i umieścić na blogu.
A nas czeka jeszcze ostatnia kolacja i pakowanie i na lotnisko! Nasza długa podróż przez Indie Południowe i Śri Lankę była cudowna ale cieszę się, że wracam w końcu do domu i do mojej kuchni :-)



This is the final entry from our journey. Not much has happend over the last week. On our final night in Mirissa we saw eventually a sea turtle laying eggs on the beach. I was over the moon! Then on the way to Negombo we stopped to meet one of Pete's old friends near Colombo, where we once again had a great homecooked food. Yesterday we made a day trip to Colombo to see the capital and do some last shopping. There is not that much of interest for a tourist in Colombo. We walked in the old part of the town which is really one big bazaar, then we crossed the area of the old Fort and walked along the seafront. Unfortunately it was getting unbearably hot so after a couple of hours we went to do the shopping and came back.
A few things will stay in my memory from Sri Lanka: very friendly people, beautiful views, many different birds, whales and sea turtles. The big disappointment is food. We expected to find Sri Lankan food to be similar to Indian but different. Unfortunately there is no tradition of dining out here hence very few places to eat and not often offering good food. I have to admit that the most tasty dishes we ate at private houses, in a few guest-houses where the lady owner cooked meals for the tourists and maybe in 2-3 restaurants. There isn't a big variety either. Sri Lankans eat „String Hoppers” for breakfast (photo below), kind of thin noodles served with dhal and very spicy coconut sambol. For lunch „Curry Rice”(photo at the top), which will be: cooked rice served with 3-4 different curries and papads. In the evenings the options are: fried rice with veg/egg/fish/meat, "Kottu" - chopped roti (bread) fried with veg/egg/fish/meat, „Hoppers” (photo below), cakes served with some curry sauce or the so called „short eats”, samosa type things with very spicy filling. Then bakers sell buns with egg/chicken/fish and puffs with same spicy fillings. There were a few curries that I enjoyed a lot: young jackfruit, ambarella, pumpkin, beetroot, carrot and the coconut milk sauce. I will try to cook some at home and put on the blog.
Tonight we will have our last dinner, the final packing and around midnight we leave to go to the airport! All in all we enjoyed our trip around South India and Sri Lanka. What stands out most for both of us was the general friendliness of the people and the magic scenery we saw. But now we are both looking forward to going back home :-)

Parę widoczków z Colombo / A few views from Colombo


"string hoppers" - klasyczne tutejsze śniadanie / "String Hoppers" - Sri Lankan breakfast


A tak robi się "hoppers",/ This is how "Hoppers" are made



Ostatniego dnia w Mirissie wypatrzyłam tego rybaka. W taki sposób łowią rybacy przy brzegu w okolicach Galle. / This is how near Galle fishermen fish near the beach.




26 March 2012

plaże południa i wieloryby



Nasza podróż ma się powoli ku końcowi. Ostatni tydzień postanowiliśmy spędzić relaksując się nad morzem. Wpierw pojechaliśmy z Ella do Tangalla na 2 dni, a stamtąd krótka podróż do Mirissy, gdzie właśnie odpoczywamy. Mirissa to malutkie miasteczko na samiutkim południu Sri Lanki, w pobliżu miasta Galle. Jak na razie jest to spokojne miejsce, gdzie nie pobudowano jeszcze olbrzymich hoteli all inclusive z basenami itp. Baza noclegowa to głównie malutkie prywatne hoteliki, położone w pobliżu plaży. Na samej plaży można nie tylko się opalać, ale też coś zjeść czy przyjemnie sączyć piwo i słuchać odgłosów morza. Wczoraj wieczorem byliśmy świadkami jak malutkie żółwiki, które dopiero co wykluły się z jajek, podążały w swojej pierwszej wędrówce do morza. Były tak małe, że mieściły się bez problemu na dłoni. Czekam, żeby zobaczyć dorosłe żółwice wychodzące nocą na brzeg by złożyć w piasku jajka. W sobotę spełniło się jedno z moich wielkich marzeń! Udaliśmy się rano łodzią na wycieczkę w poszukiwaniu delfinów i wielorybów. Delfiny przemykały pod naszą łodzią, wyskakiwały z wody i robiły salta! Nieststy są tak szybkie, że ogromnie trudno jest je sfotografować. Dalej natrafiliśmy na wieloryby! Te największe – płetwale błękitne! Kilka lat temu odkryto, że u południowych wybrzeży Sri Lanki przez dużą część roku przepływają wieloryby i to nie pojedyncze sztuki, ale całe mnóstwo! Nie czekaliśmy długo by je zobaczyć, trudno powiedzieć ile ich było, bo wypływają na powierzchnię by zaczerpnąć powietrza, po czym nurkują w głębiny, ale przez godzinę widzieliśmy ich co najmniej dziesięć. Również i w przypadku wielorybów fotografowanie nie jest łatwe. Po kilku, kilkunastu oddechach zanurzają się do wody i ciężko się do nich zbliżyć na bardzo bliską odległośc. Do tego ponad wodą pojawia się tylko niewielka część ich grzbietu. Myślę też, że nie są zachwycone hałasem motorów łodzi, które kręcą się z turystami żądnymi wrażeń. Ale widziałam i jestem zachwycona!
By zupełnie nie poddać się lenistwu wybraliśmy się w piątek do Galle, które zostało wpisane na listę UNESCO. Stary fort założony 400 lat temu jeszcze przez Portugalczyków, później znalazł się w rękach Holendrów i Brytyjczyków. Jest przepięknie położony nad samym morzem, a jego solidne mury uchroniły miasto przed tsunami w 2004 roku. Pewnie chętnie spędzilibyśmy w Galle cały dzień, ale upał w południe jest nie do zniesienia, więc siłą rzeczy wróciliśmy do Mirissy by sączyć piwo w cieniu palm.

We are slowly coming to the end of our journey. We decided to spend the last week on the beach on the south coast of Sri Lanka. First we travelled from Ella in the mountains to Tangalla, where we stayed two days. From there it was only a short journey to Mirissa where we are now. Mirissa is a very small and as yet undeveloped place. There are no big all inclusive hotels, which is great. On Friday we went for a trip to Galle which is an old colonial town and another UNESCO listed place. The old part consists of a fort buitt by the Portugese 400 years ago . They were then followed by the Dutch and the British till the independence in 1948. The ramparts are massive and strong enough to have saved the town from the tsunami in 2004. We wandered around the streets and I have to say it is a very charming place. At present it is full of British cricket fans over here for a match against Sri Lanka. On Saturday we went on a boat trip to watch dolphins and whales. Apparently a few years ago somebody discovered that large numbers of Blue Whales swim very near the coast of Mirissa. We didn't have to wait long for a pod of dolphins swimming all around our boat and then jumping out of water and giving us a lovely show. Soon after we came to a place where there were quite a few whales. Hard to say how many we saw as they only surface for a short time for fresh air and then go deep again, but there must have been around ten of them. As they came to the surface we could only see the upper part of their bodies with the small dorsal fin. It was magic! I never thought I would see them like that! Last night as we were sipping beer in one of the small cafes on the beach we saw the newly hatched turtles on their way to the sea. They were tiny little things! I hope that before our departure we will have a chance to see the big females that come to the beach at night to lay eggs in the sand.
As for now we are trying hard to do as little as possible and relax under the palms on the beach.

Plaża w Tangalla / Beach in Tangalla



Widoczki z Galle / Views from Galle



Delfiny niestety trudno sfotografować / Dolphins are hard to photograph unfortunately


Jeden z wielorybów, które widzieliśmy / One of the whales we saw


Kawałek plaży w Mirissie / Part of the beach in Mirissa


20 March 2012

gorskie klimaty Cejlonu


W piatek wsiedlismy w pociag i niezwykle malownicza trasa udalismy sie w gory do miejscowosci Nuwara Eliya. Gory zajmuja centralna czesc Sri Lanki i najwyzsze szczyty siegaja ponad 2500 m npm. Nuwara Eliya jest jednym z wyzej polozonych miejsc - przeszlo 1800 m npm. Oznacza to ze noce sa zimne, dni za to rzezkie i przyjemne. Miasto zostalo zalozone jakies 200 lat temu przez Brytyjczykow, ktorzy zmeczeni upalem i duchota na nizinach, wybierali sie w gory dla odpoczynku. Sprzyjajacy klimat pozwolil na rozpoczecie plantacji wpierw kawy, a po tym jak kawa zostala na Cejlonie zaatakowana przez jakas chorobe, przezrucono sie na uprawe herbaty. Gdzie okiem nie siegnac widac zielone krzaczki. W przeciwienstwie do Kerali, gdzie herbate zbiera sie przy urzyciu nozyc, tutaj zbieracze, praktycznie jedynie kobiety, obrywaja recznie mlodziutkie pedy z paroma listkami. Nuwara Eliya nazywana jest przez przewodniki "Mala Brytania". Ja bym sie az tak do konca z tym nie zgodzila, chociaz przyznac trzeba, ze jest tu bardzo duzo pieknych budynkow w angielskim stylu. Z Nuwara Eliya udalismy sie dalej, rowniez pociagiem, do malutkiej miejscowosci Ella. Polozona nizej, jakies 1000 m npm, jest to zielona oaza, gdzie rosnie nie tylko herbata, ale mnostwo innych warzyw czy przypraw. Sama Ella to w zasadzie glowna droga i pare mniejszych sciezek. Prawie kazdy zyje tu z turystow. My zrobilismy sobie stamtad jednodniowa wycieczke do Haputale skad wybralismy sie do fabryki herbaty zalozonej w koncu XIX wieku przez samego Sir Thomasa Liptona.
Dzis rano znowu wsiedlismy w autobus by tym razem udac sie na niziny, nad morze, na samo poludnie Sri Lanki. Tutaj bedziemy odpoczywac przez najblizsze dni, ale o tym w nastepnym odcinku :-)

On Friday we travelled by train from Kandy to the mountains to Nuwara Eliya. The journey was very picturesque and after a few hours we arrived at our destination. The mountains are situated in the central part of Sri Lanka with the highest peaks reaching over 2500 m above sea level and Nuwara Eliya is over 1800 meters. It was established by the British nearly 200 years ago as a retreat from the heat of the lowlands. It is often called the "Little Britain". I wouldn't really agree with that but there are some lovely buildings in old English styles. First the hills of Ceylon were planted with coffee bushes but after some disease killed nearly all of them tea was introduced instead. Today all the hills are covered with those small green bushes. Unlike in India, where the pickers were really cutting the tops with a kind of shears, here all tea is hand picked. From Nuwara Eliya we again took the train to Ella. The scenery was even more beautiful on this part cof the journey. Ella is a tiny town, situated much lower at about 1000 meters above sea level. It is green and not only do they grow tea there but also many varieties of vegetables and some spices.   From Ella we made a trip to Haputale and from there we went to visit the old Tea Factory opened by Sir Thomas Lipton himself at the end of the 19 C.
This morning we took a bus down south to the seaside. We are going to spend a few days relaxing on the beach. More about that in the next post.

Widoczki z Nuwara Eliya / Views from Nuwara Eliya


Widoki z podry do Ella / Views from the journey to Ella



Droga do Fabryki Herbaty Dambatenne zalozonej przez Thomasa Liptona i zdjecia z samej Fabryki / Road to the Dambatenne Tea Factory established by Thomas Lipton and Pictures from the Factory



16 March 2012

Kandy



We wtorek przyjechaliśmy do dawnej stolicy - Kandy, podobnie jak poprzednie odwiedzane przez nas miejsca tak i to miasto zostało wpisane na listę UNESCO. Kandy jest niedużym miastem, przepięknie położonym wśród wzgórz, z dużym jeziorem w centralnej części. Tuż przy jeziorze położona jest najważniejsza buddyjska świątynia Sri Lanki, w której przechowywana jest święta relikwia - ząb Buddy, który został przywieziony na wyspę w IV wieku p.n.e. W centrum miasta, położonym tuż obok świątyni i jeziora, znaleźć można sporo ładnych kolonialnych budynków. są oczywiście sklepy dozę i małe, restauracje i mnóstwo piekarni. W tychże piekarniach sprzedawane są (oprócz chleba) bułki same i nadziewane (na ostro oczywiście), są kanapki z bułek, są rożne inne zakąski oraz słodkości. Zapachy rozchodzą się dookoła i czasem trudno nie zaglądnąć by choćby pooglądać. Większość hotelików i guesthouse-ów położona jest przy uliczkach pnących się na okoliczne wzgórza. Nam się udało i mamy bardzo piękny widok z balkonu na wzgórza naprzeciw, świątynie i jezioro. Obeszliśmy całe centrum parokrotnie, wybraliśmy się kilka kilometrów za miasto do przepięknego Ogrodu Botanicznego, odwiedziliśmy Świątynię (tę najważniejszą) i pospacerowaliśmy wzdłuż jeziora. Kandy ma dużo uroku i muszę przyznać, że bardzo mi się spodobało.



On Tuesday we arrived in Kandy, the last of the old Sri Lankan capitals. Like other places that we visited, Kandy is also UNESCO listed. This relatively small town is beautifully settled among the hills. In the center is the lake, that was created about two centuries ago. The most important in Kandy is the famous temple of the Tooth Relic situated by the lake. The relic of the tooth of Buddha was brought to the island in the 4 C BC. Today this Temple is the most important buddhist shrine in Sri Lanka. In the town center there are many old colonial buildings, shops, restaurants and bakers. The aroma of freshly baked goods tempt passers by. Inside they sell a big sellection of buns, plain and filled with spicy stuffings, puffs and many sweet ones too. Most of the hotels and guesthouses are situated along the streets heading towards the surrounding hills. We were lucky to get a room with beautiful view to the hills, lake and the Temple. We spent two days walking around the town and visiting different interesting places. Very impressive were the Royal Botanical Gardens. I have to admit that Kandy has its unique charm and I got to like the town very much.



Poniżej widoczki z Kandy / Below some photos from Kandy


I zdjęcia ze Świątyni / And photos from the Temple


W Kandy jest też bardzo ciekawy targ / There is an interesting Market in Kandy


I trochę zdjęć z Ogrodu Botanicznego / Some photos from the Royal Botanical Garden