17 January 2011

Północna Tajlandia



Z ulgą opuściliśmy Bangkok. Przytłaczał nas hałasem, ilością turystów i samochodów, choć muszę przyznać, że Pałac Królewski robi ogromne wrażenie. Przylegający doń kompleks świątyń jest bajecznie kolorowy i naprawdę trudno na czymś skoncentrować wzrok bo wszystko lśni i błyszczy się wszelkimi kolorami. Więcej zdjęć na moim drugim blogu.

With great relief we left Bangkok. The city was simply far too busy and too noisy for us with masses of tourists everywhere you look. But to be fair I have to admit that we were fascinated with the Royal Palace complex. A place like no other – colourful, shiny, simply extrardinary! We easily could have spent many more hours there looking at all those temples and buildings around us. Photos from the Palace you will find here.



Tak więc wyruszyliśmy na północ. Po blisko siedmiu godzinach jazdy dojechaliśmy do najstarszej stolicy – Sukhothai a zasadniczo do Nowego Sukhothai – miasta niedużego (ok. 40 tys mieszkańców). Zmęczeni podróżą wybraliśmy się na krótki spacer na nocny market – nieduży plac w całości zastawiony kramami z jedzeniem i stolikami wkoło nich. Gdzieniegdzie można zauważyć angielskie nazwy sprzedawanych potraw ale w większości trzeba się jednak kierować intuicją.
Rankiem w sobotę udaliśmy się do położonego niedaleko (kilkanaście km) Parku Historycznego Sukhothai – to tu znajdowała się najstarsza stolica Tajlandii. Obszar miasta ma kształt kwadratowy, niegdyś otoczony wałami i fosami musiał robić imponujące wrażenie. Dziś teren pokrywa ogromny park z wieloma ruinami dawnych świątyń. Pożyczyliśmy rowery i udaliśmy się na parogodzinny objazd by zwiedzić świątynie – zarówno te położone w obrębie miasta jak i kilka spośród dziesiątek rozrzuconych poza wałami i fosą. Turystów nie tak wiele i nasza pół dniowa wycieczka staje się nie tylko przyjemnością dla duszy ale i miłym relaksem dla ciała. Na obiad wracamy z powrotem do Nowego Sukhothai i po drodze idziemy na fantastyczny targ, gdzie kupić można wszystko – mięso, ryby, warzywa, owoce , słodkości i gotowe jedzenie a po drugiej stronie ulicy również ubrania i inne wszelakie produkty użyteczne w domu. Więcej zdjęć z Sukhothai znajdziecie tutaj.

Poniżej zdjęcia Starego Sukhothai
Below photos from Old Sukhothai



Poniżej słodkości na targu w Sukhothai
Below sweet stall form the market in Sukhothai


So we set off to the north and after nearly seven hours journey we arrived tired but happy in New Sukhothai, a small town situated half an hour's drive from the ancient Thai capital – Sukhothai. After the long journey we went for a walk to strech our feet. Only ten minutes from where we stayed was the night market – a small square full of food stalls and tables around them. Some food sellers with more initiative put english names of the dishes they sell but very often you are left only with your intuition.
The next morning we went to the Historical Park of Sukhothai - the place where the ancient capital once stood. The shape of the town was square with moats all around it. Inside today is a park full of ruins of the ancient temples. The area is quite big so we rented bikes and had a very relaxing morning cycling from one temple to another within the boundry of the town and to a couple of temples outside. Then we came back to New Sukhothai to have some lunch and to visit the localy famous market. You could buy there everything you can dream about – meat, fish, vegetables, fruit, sweets and across the road was the part with clothes and anything else useful in the household. More photos from Sukhothai here.


W niedzielę rano wyruszyliśmy jeszcze dalej na północ – do Chiang Mai. Podróż trwała przeszło pięć godzin i wczesnym popołudniem byliśmy już na miejscu. Jak tylko się rozpakowaliśmy i odświeżyliśmy udaliśmy się na „Niedzielny market” w centrum miasta. Cała główna ulica zamknięta została dla ruchu i zamieniona w olbrzymi bazar. Sprzedawcy handlowali rękodziełem, szmatkami, biżuterią, zabawkami, po prostu wszystkim! A na terenach wokół świątyń poustawiano budki z jedzeniem. Ogromnie zaciekawiły nas „nowości” - jajeczka przepiórcze smażone i podawane z sosem rybnym, miniaturowe omleciki z dodatkami (grzybami, krewetkami, krabem etc) smażone w „pojemniczkach” z liści bananowca, „lepki ryż” - sticky rice, opakowany w liście i sprzedawany z dodatkiem bananów, mleka kokosowego, mango czy po prostu sam. Wygłodniali zjedliśmy fantastyczną lokalną specjalność „kaow soi kai” – czerwone curry z kurczaka z mleczkiem kokosowym podane z noodlami ale podobnymi do naszego makaronu (robione z dodatkiem jajek) – rewelacja!!! Chodziliśmy i próbowaliśmy różnych rzeczy ale nie sposób było spróbować wszystkiego, mimo naszego „zdrowego” apetytu. Do tego tu i ówdzie lokalni artyści grali, śpiewali i tańczyli. Żal nam było, że nie możemy zrobić żadnych zakupów, bo oczy mi się wyrywały do kilku rzeczy, niestety mając perspektywę jeszcze wielu tygodni w podróży ograniczyliśmy się do kupna dwóch słodkich malutkich drewnianych łyżeczek – i to tylko dlatego, że dochód ze sprzedaży przeznaczony był na pomoc osobom niepełnosprawnym. Już na dniach więcej zdjęć z Chiang Mai na moim drugim blogu.

Sunday morning we left Sukhothai. After about five hours' journey we arrived early afternoon at Chiang Mai. As soon as we found the hotel and settled in we went to look for the Sunday Market. Every Sunday the main street in the old town is closed in the afternoon and it is turned into a colourful huge market. Vendors sell all kinds of handicrafts, clothes, toys, decorations, jewelery – simply everything! The area around the temples were occupied by the food stalls and this is where we first headed not having eaten anything all day. And then we couldn't decide! So many delicous things around – quale eggs fried and served with fish souce, tiny egg omletts cooked with mushrooms, crab, shrimps etc – simply done in a small „container” made of banana leaf. Then sticky rice – beautifully wrapped in the leaves – on its own or with addition of banana inside or mango or coconut. We tried sticky rice with banana and I had one – just grilled in a shape of a lollypop on a stick. Very hungry we eventually found the local speciality „kaow soi kai” - that is red chicken curry with coconut milk served with noodles, very much like the egg noodles that we eat in Europe. No need to say – it was delicious!!! We spent a couple of hours walking around the market and trying different things but even though we both have rather healthy appetites we were unable to try everything :-) We were quite sorry not being able to do any shopping on this fascinating market but it is only the begining of our journey and we are not about to buy another suitcase to carry the souvenirs. Our memories will have to do! Soon more photos from Chiang Mai on my other blog.

Poniżej zdjęcia z Niedzielnego Targu w Chiang Mai
Below photos from the Sunday Market in Chiang Mai










Powyżej jajeczka przepiórcze / above quail's eggs
Poniżej omlety w liściach bananowca / below egg omlettes in the banana leaf




Poniżej nasz rewelacyjny obiad - kurczak w czerwonym curry z mlekiem kokosowym i lokalnym makaronem
Below our delicious dinner - chicken in red curry with coconut milk and local noodles



"Lepki" ryż zapakowany w liście bananowca / Sticky rice wrapped in banana leaves


Kolorowy "lepki"ryż / Coloured sticky rice


Poniedziałek rano – czyli dziś – wybraliśmy się na długi spacer po mieście, które słynie ze swoich świątyń. Chiang Mai było stolicą osobnego królestwa już 700 lat temu. Miasto jest czarujące, co krok można znaleźć tu świątynie buddyjskie zbudowane w charakterystycznym północnym stylu Lanna. Odwiedziliśmy kilka najważniejszych świątyń, nie ominęliśmy też paru targów, zjedliśmy pyszne curry i postanowiliśmy odpocząć chwilę po południu by mieć czas na wpis do bloga i nabrać sił przed wieczornym spacerem!

Monday morning – today – we went for a long walk in the city famous for its numerous temples. Chiang Mai was the capital of the northern kingdom already 700 years back. It is a charming and pleasant city where every corner you can find buddhist temples built in characteristic northern style Lanna. We visited a few most important temples, found a few markets, had a delicious curry for lunch and now we decided to have a relaxing afternoon to have time to write this post on the blog and get our energy back before the evening walk!

Lokalna specjalność - chrupiąca skóra wieprzowa / Local speciality - cracklings




Pojutrze wybieramy się jeszcze dalej na północ - do Chiang Rai skąd już krótka podróż do granicy z Laosem. Nie mam pojęcia jak wygląda kwestia internetu w Laosie więc nie wiem zupełnie kiedy znów napiszę. Postaram się za tydzień!
The day after tomorrow we are going to Chiang Rai - even further to the north. Then it is only a short journey to the Lao border. I have no idea how the internet works over there so it is hard to say when I will be able to write more. Will try in a week time.

12 January 2011

początek naszej azjatyckiej odyseji - Bangkok




Wymęczeni lotem w końcu dotarliśmy wczoraj do celu naszej podróży. Bangkok na pierwszy rzut oka niewiele się zmienił od czasu gdy byłam tu ostatni raz (wiele lat temu). Ludzie tak samo życzliwi i uśmiechnięci, masa turystów, na każdej praktycznie ulicy mnóstwo handlarzy z jedzeniem. Poczułam się jakby czas stanął w miejscu. Wczoraj jedynie pospacerowaliśmy po okolicy, zjedliśmy pyszną zupę z noodlami oraz smażony makaron z dodatkami. Byłam jednak tak skonana, że nawet aparatu nie chciało mi się wyciągać. Zamieszkaliśmy w hotelu w okolicy Khao San Rd – to taka Mekka turystów z całego świata. Za dnia uliczki pełne są handlarzy sprzedających ciuchy, biżuterię, pseudo sztukę ludową i temu podobne. Pełno tu tanich hoteli, knajp i sklepów. W nocy cała okolica przeobraża się w wielką imprezę. Wszyscy balują do białego rana. My skonani dosyć szybko wylądowalismy w naszych łóżkach lecz odgłosy dyskoteki gdzieś obok hotelu długo nie pozwoliły nam usnąć. Za to od rana już w lepszej formie udaliśmy się na spacer po mieście. Odwiedziliśmy najważniejsze świątynie (Pałac Królewski zostawiamy sobie na jutro), spacerowaliśmy wąskimi uliczkami starej części Bangkoku, trafiliśmy na parę targów, popłynęliśmy rzeką (Chao Praya) i na koniec odwiedziliśmy chińską dzielnicę (Chinatown), gdzie raczyliśmy się pyszną zupą z noodlami, kurczakiem i wieloma innymi bliżej niezidentyfikowanymi dodatkami. Palce lizać!
Powoli snujemy plany na najbliższe dni. Jutro będziemy dalej zwiedzać miasto a pojutrze wyruszamy na północ. 
U góry i poniżej - "Leżący Budda" z Wat Po - najstarszej i największej świątyni w Bangkoku.




After an unenventful and tiringly long journey we arrived eventually in Bangkok. The place is buzzing with tourists, everywhere you look there are food-stalls spreading wonderful aromas and people here are kind and smiling. After a relaxing afternoon yesterday we started our walk around the town this morning. We decided to leave the main attraction – the Royal Palace for tomorrow so today we headed first to theWats (temples). We wandered round the streets and found a few small local markets selling fruit and vegetables that we never thought that existed, fish both fresh and dried, meat, live frogs etc. After a boat ride on the Chao Praya river we ended in Chinatown. The place is full of workshops, wholesalers, shops and street-food. This is where very tired and hungry we stopped for lunch – a delicious noodle soup with chicken and other unidentified ingredients.
We are slowly planning our next days – that is our travel to the north. 
Above photos of the Ryclining Buddha from the largest and the oldest temple in Bangkok - Wat Po

powyżej - mnisi buddyjscu podczas modłów w Wat Suthat
above - buddhist monks praying in Wat Suthat


Szczerozłoty posąg Buddy w Wat Traimitr
Gold statue of Buddha in Wat Traimitr

Poniżej targ/ Below - local market




Poniżej nieznany nam a pyszny owoc - coś jakby miniaturowe mango.
Below an unknown to us but delicious fruit - like a miniature mango.


A poniżej uliczna knajpka w Chinatown, gdzie zjedliśmy dziś pyszną zupkę :-)
Below - the street food-stall where we had a delicious soup for lunch today :-)



8 January 2011

WP#100 - chleb pszenny z figami, orzechami laskowymi i anyżkiem


Muszę szczerze przyznać, że tego chleba nie było w planie. W czwartek piekłam sobie właśnie mój ulubiony chleb z siemieniem lnianym (J.Hamelmana - a jakże) gdy zobaczyłam u siebie komentarz Gospodarnej z zaproszeniem do udziału w Weekendowej Piekarni # 100. Z ciekawości zaglądnęłam do Gospodarnego Szczęścia i co zobaczyłam? Że gospodarzem tego okrągłego wydania jest nie nikt inny jak sam Mistrz! Nie pozostało mi nic innego jak upiec ten chlebek. I tak w piątek w ferworze załatwiania ostatnich spraw przed wyjazdem, prania, prasowania, sprzątania i składania rzeczy - udało mi sie jakimś cudem chyba upiec ten chleb :-). Udał się wspaniale! Ogromnie się cieszę, zwłaszcza, że połowa będzie czekała na nas  (w zamrażalniku) gdy wrócimy z naszej podróży. 
Tak więc to już rzeczywiście jest mój ostatni post typowo kulinarny. Jutro jedziemy do Warszawy - do naszych przyjaciół a w poniedziełek lecimy na naszą azjatycką wyprawę. Napiszę tylko krótko - zaczynamy od Bangkoku, potem udamy się na północ Tajlandii, następnie do Laosu, potem do Wietnamu potem do Kambodży i spowrotem do Tajlandii. Dalej na południe do Malezji i jak starczy czasu to odwiedzimy parę wysp Indonezyjskich. Wracamy z Singapuru - dokładnie za 3 miesiące! Postaram się pisać tu co nieco o naszej podróży - takie krótkie relacje (oczywiście z wątkami kulinarnymi) i mam nadzieję że zaciekawią Was one. To tyle o podróży, a wracając do głównego tematu  - poniżej podaję przepis na chleb za Gospodarnym Szczęściem. O dziwo znalazłam u siebie w zakamarkach nasionka anyżku, niestety skończyła mi się mąka pszenna razowa i użyłam orkiszowej (też razowej), no i nie miałam już szansy na wyhodowanie zakwasu pszennego więc do zaczynu dałam łyżkę żytniego. Mam nadzieję, że będzie mi to wybaczone ;-)

Chleb na pszennym zakwasie z figami, orzechami laskowymi i ziarnami anyżku
J.Hamelman
Proporcje na 2 dość spore bochenki ( w nawiasach pół porcji)

Zaczyn zakwasowy levain:
-200 (100)g mąki pszennej chlebowej
-120 (60)g wody
-20g (10)g dojrzałego zakwasu pszennego 80% hydracji

Wszystkie składniki mieszamy w misce. Zaczyn będzie dość gęsty. Przykrywamy folią i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrastania na 12-16 godzin

Ciasto chlebowe:
-550 (275)g mąki pszennej chlebowej
-250 (125)g mąki pszennej razowej typ 1850
-600 (300)g wody
-20 (10)g soli
-180 (90)g suszonych fig
-180 (90)g orzechów laskowych
-5 (2,5)g nasion anyżku
-320 (160)g zaczynu

Orzechy prażymy chwilę na patelni lub w piekarniku, odzieramy łupki.
Figi, po odkrojeniu sztywnych końców, kroimy w dużą kostkę, na sześć.
W misce mieszamy wszystkie składniki oprócz fig i orzechów, aż powstanie jednolite ciasto. Następnie wyrabiamy przez 5-6 minut, aż gluten będzie średnio rozwinięty. Dodajemy figi i orzechy, wyrabiamy, tak by rozprowadziły się po cieście. Ciasto formujemy w kulę i przekładamy do miski na fermentację na 2 i 1/2 godziny. Ciasto składamy raz w połowie.
Po tym czasie dzielimy na dwa, formujemy bochenek i odkładamy do wyrastania. Pieczemy z parą w temp. 225 st. C z parą przez 15 minut. Obniżamy temp. do 215 st.C i pieczemy dalsze 25-30 minut.
To tyle Hamelman, a teraz ja:

Kilka moich uwag (Gospodarnej Narzeczonej, nie moich)
1. Jest to chleb na pszennym gęstym zakwasie tak zwany levain. Upieczony na żytnim jest niestety już innym chlebem. Jeśli nie macie pszennego zakwasu, możecie zrobić zaczyn z żytniego zaczątka, chodzi o te 20-10g. Jeśli obawiacie się o żywotność zakwasu, dajcie drożdży około 5-6g. Chleby na levain zwykle dłużej rosną niż na żytnim zakwasie i niestety są kapryśne. Choć jak już wyjdą smak wynagradza wszystko.
2. Ziarna anyżku w przepisie można zastąpić ziarnami kopru włoskiego. Ja wolę jednak te pierwsze.
3. Proponuję złożyć ciasto dwa razy w ostępach 45 minut, bo Polskie mąki są słabsze od amerykańskich. Składanie to rozpłaszczenie ciasta na blacie, złożenie na trzy jak list urzędowy, i następnie złożenie na trzy w poprzek.
4. Przed ostatecznym formowaniem można zrobić tak zwany pre-shaping tj. uformować chleb w kulę i dać mu odpocząć na blacie 15-20 minut.
5. Hamelman przeoczył, jako oczywistość jak sądzę, ostateczne wyrastanie. Inne jego levain wyrastają dość długo 2-2,5 godziny (chodzi o ostateczne wyrastanie w koszu), ale może to trwać i 4 godziny. Oczywiście przy dodatku drożdży ten czas będzie krótszy. Dlatego warto wyłożyć kosz omączoną ściereczką, można sobie nawet uszyć na wymiar. Możecie też ostateczne wyrastanie zrobić w lodówce. Wtedy włóżcie koszyk z chlebem w foliowy wór.
6. Chleb po wyrośnięciu wyrzucamy na omączoną lub obsypaną semoliną - polecam- łopatę i z łopaty zsuwamy do pieca.
Piekarnik zawsze rozgrzewamy 10-20 st. C niż temperatura pieczenia chleba. Po włożeniu bochenka obniżamy, zresztą sama się też obniży momentalnie. Studzimy na kratce.

7 January 2011

vegetable curry - curry warzywne


Wiem, wiem, tuż przed Świętami ugotowałam bardzo podobne curry, nawet z tej samej książki, a w zasadzie podobne są warzywa, bo zestaw przypraw się nieco różni. Podobnie, choć inaczej też oba curry smakują. Ktoś może zapytać czemu gotuję ciągle "to samo" - odpowiedź jest prosta - uwielbiam curry, uwielbiam warzywa, mam mały zapas dyni - więc czemu nie. Za to staram się znaleźć nowe przepisy, by właśnie nieco urozmaicić monotonię. Ale więcej nie będę Was już zanudzać, bo to praktycznie ostatni mój wpis "kulinarny" na dłuższy okres czasu (prócz chleba z WP o którym jutro). W poniedziałek wyjeżdżamy (razem z moim mężem) w podróż naszych marzeń. Postaram się choć raz w tygodniu napisać krótką relację, zależy to bardzo od dostępności internetu - może nie wszędzie być z nim łatwo :-). Będzie mniej kulinarnie a bardziej podróżniczo - mam nadzieję, że mi to wybaczycie, a może nawet zainteresują kogoś moje wypociny ;-)
Wracając jednak do tematu - przepis na curry, o którym poniżej, zaczerpnęłam z książki The Curry Book (aut. Laxmi Khurana, Asha Naran i Shelina Jetha). Curry jest proste, bardzo aromatyczne i gorąco polecam!
To moja pierwsza (i mam nadzieję nie ostatnia) propozycja do akcji "Z widelcem po Azji".

Vegetable curry

5 łyżek oleju
2 goździki
2,5 cm kawałek cynamonu
3 ziarenka pieprzu
1 duża cebula, posiekana
400 g pomidorów, obranych i zmiksowanych na pure (mogą być z puszki)
2 łyżki przcieru pomidorowego
1 i 1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka kurkumy
2 łyżki mielonej kolendry
1 łyżeczka chilli (można dać nieco mniej jeśli ktoś jest wrażliwy)
1 duży ziemniak (użyłam mojej dyni)
2 średnie marchewki
1 i 1/2 szklanki gorącej wody
125 g mrożonego groszku (dałam nieco więcej)

Rozgrzewamy w rondlu olej. Wrzucamy goździki, cynamon, ziarenka pieprzu i posiekaną cebulę - smażymy przez 5 minut. Dodajemy następnie zmiksowane pomidory, gotujemy dalsze 2 minuty. Dodajemy przecier pomidorowy, sól, kurkumę, kolendrę oraz chilli i mieszając gotujemy 3 minuty. 
Ziemniak i marchewki po obraniu kroimy na kawałki (dosyć spore - ok 1 i 1/2 - 2 cm) i dodajemy do naszego sosu. Mieszamy, przykrywamy i gotujemy na średnim ogniu 5 minut. Dodajemy wodę i gotujemy 10 minut. Na koniec dodajemy groszek i gotujemy jeszcze 5 minut (aż warzywa będą miękkie). 
Można też dla odmiany ugotować na twardo 4 jajka i już na samym końcu gotowania dodać je do curry (obrane i przecięte na połówki). Dprawić po wierzchu szczyptą przyprawy garam masala, delikatnie wymieszać i gotowe!

4 January 2011

bułeczki pszenno - orkiszowe


Pozazdrościłam Kass jej ślicznych bułeczek, a że miałam jeszcze w domu pozostałości razowej mąki orkiszowej oraz niespodziewanie skończyło nam się pieczywo, więc wczoraj wieczorem upiekłam te okrągłe pyszności. Oczywiście nie miałam już czasu robić drożdżowego zaczynu odpowiednio wcześniej, ale za to zrobiłam coś na kształt "sponge", który dojżewał sobie przez jakieś pół godziny. Bułeczki pięknie wyrosły, podrosły jeszcze bardzo w piekarniku i cały dom pachniał zniewalającym aromatem aż do późnego wieczora. Pyszne - a jakież mogły by być! Przepis poniżej podaję za Kass, z moimi zmianami. Zrobiłam 10 bułeczek z połowy oryginalnej porcji.

Bułeczki pszenno-orkiszowe

"szybki" zaczyn:
150 g mąki pszennej chlebowej
125 g wody (letniej)
60 g letniego mleka
10 g drożdży (świeżych)
1 łyżeczka cukru

ciasto właściwe:
100 g mąki orkiszowej razowej
175 g mąki pszennej chlebowej
10 g soli
110 g letniej wody
15 g stopionego masła
zaczyn

Składniki zaczynu wymieszałam w misce, przykryłam i zostawiłam na około 30 minut. Po tym czasie wymieszałam pozostałe składniki, dodałam zaczyn i wyrobiłam elastyczne ciasto. Zostawiłam w misce pod przykryciem na 1 godzinę. Po tym czasei ciasto bardzo ładnie wyrosło. Podzieliłam na 10 części, uformowałam okrągłe bułeczki, ułożyłam na blasze na papierze do pieczenia i przykryłam ściereczką do wyrośnięcia na 45 minut. Wyrośnięte bułki posmarowałam mlekiem i nacięłam. Piekłam w 190 C przez 20 minut. Po upieczeniu studzimy nakratce.

31 December 2010

Christmas Chutney


Bożonarodzeniowy chutney to moja ostatnia świąteczna propozycja. Przyznam, że zrobilismy go jeszcze w zeszlym roku i zupełnie o nim zapomniałam. Cierpliwie czekał sobie w spożarce i z ciekawością spróbowaliśmy go w te Święta. Chutney moim zdaniem świetnie pasuje do pasztetów lub do żółtych serów. Cieszę się, że mam jeszcze parę słoiczków, bo bardzo nam smakował :-).
Przepis znalazłam wieki temu na stronie BBC - Food Recipies.
Przy okazji tego ostatniego wpisu w Starym Roku życzę Wszystkim powodzenia w Nowym Roku, udanych wypieków i wielu inspiracji kulinarnych!

Christmas Chutney

450 g cebuli, posiekanej
5 łyżek wody
900 g jabłek - najlepiej reneta - obranych i pokrojonych w drobną kostkę
700 g gruszek, obranych i posiekanych
85 g daktyli posiekanych (bez pestki oczywiście)
570 g octu winnego z jabłek
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka mielonego cynamonu
1 łyżeczka mielnego pieprzu cayenne
225 g cukru

Cebulę i wode umieszczamy w dużym rondlu o grubym dnie, podsmażamy a      z cebula zmięknie. Dodajemy jabłka, gruszki i gotujemy 15-20 minut. Dodajemy następnie daktyle, sól, przyprawy i połowę octu winnego. Gotujemy mieszając od czasu do czasu aż chutney zgęstnieje.
Dodajemy cukier oraz resztę octu, mieszamy aż do rozpuszczenia cukru. Smażymy (mieszając co chwilę) aż uzyskamy gęsty chutney. Przekładamy do przygotowanych słoiczków, zamykamy i gotowe! Chutney powinien przegryzać się co najmniej 2 tygodnie.

28 December 2010

angielska klasyka świąteczna- Christmas Pudding z sosem rumowym


Angielski Christmas Pudding do tej pory kupowaliśmy najczęściej w M&S - już gotowy, jedynie należało go odpowiednio długo podgrzewać w mikrofalówce. Nie był zły, ale żeby poznać prawdziwy smak tego świątecznego deseru trzeba go przygotować samemu w domu. Tak więc jeszcze w marcu, w czasie naszej wizyty na wyspach zakupiłam ceramiczną formę około 1 litrowej pojemności - właśnie by przygotować pudding świąteczny ale też i inne puddingi (na razie czekaja na realizację;-)). W tym samym czasie, kiedy zabrałam się do ciasta bożonoarodzeniowego (2 miesiące temu), przygotowałam też i pudding, bo i on powinien jakiś czas dojżewać i się macerować. Według tradycji każdy z domowników powinien zamieszać puddning przed przełożeniem go do formy - zgodnie ze wskazówkami zegara. Przepis zaczerpnęłam z ulubionej książeczki mojego męża, z której korzystała też i jego mama - "Home Recipies" wydanej przez Be-Ro.
Puding należy dwukrotnie gotować na parze, najpierw w dniu przygotowywania i potem tuż przed podaniem. Do tego najlepiej jest przyrządzić prosty sos rumowy do polania i gotowe! Muszę przyznać, że domowy pudding jest o niebo lepszy od kupionego. Ogromnie nam smakował! Jest to rodzaj deseru, którego nie da się zjeść dużo na raz - podobnie jak i ciasta, można się więc nim delektować przez parę dni po Świętach.

Christmas Pudding

100 g mąki self raising flour - na ok. 150 g zwykłej mąki dajemy po 1/2 łyżeczki sody i proszku do pieczenia
szczypta soli
1/2 łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
1/2 łyżeczki mieszanki mixed spice (sprzedawana w Anglii w paczuszkach - składa się z cynamonu, nasion kolendry, kminku, gałki muszkatołowej, imbiru oraz goździków)
75 g łoju granulowanego (również do kupienia jedynie w Anglii - niestety)
100 g rodzzynek
100 g sułtanek
100 g currants okrągłych,malutkich, czarnych rodzynek
100 g miękkiego cukru brązowego (trzcinowego)
50 g mieszanej skórki kandyzowanej
skórka otarta z 1/2 cytryny
2 średnie jajka
2 łyżki brandy


Ceramiczną formę natłuszczamy dokładnie, wycinamy niewielkie kółko z papieru do pieczenia i umieszczamy na dnie (co ułatwi później wyjęcie puddingu gdy będzie już gotowy).
Do miski wsypujemy wszystkie suche składniki, mieszamy, dodajemy jajka, brandy i mieszamy dokładnie. Przekładamy następnie do przygotowanego wczesniej naczynia.


Na wierzch masy kładziemy papier do pieczenia (wycinamy odpowiednio duże kółko) i następnie całość przykrywamy folią aluminiową lub ściereczką lnianą i dokładnie obwiązujemy. Naczynie przekładamy do odpowiednio dużego rondla z podstawką do gotowania na parze, wlewamy na dno rondla wrzątek, przykrywamy i gotujemy 8 godzin (należy zaglądać i dolewać wody w miarę potrzeby).
Tak przygotowany puddning wyciągamy i zostawiamy do wystygnięcia (cały czas w naczyniu). Gdy ostygnie zdejmujemy mokrą ściereczkę i całość szczelnie zawijamy folią alumioniową i trzymamy do Świąt w chłodzie. Niektórzy co jakiś czas podlewają niewielką ilością brandy.
Przed podaniem znowu gotujemy pudding na parze (zawinięty w folię) przez kolejne 2 godziny. Wyciągamy, zdejmujemy folię i odwracamy na talerz. Powinien nam bez problemu wyjść z formy. Dla większego efektu można tuż przed podaniem polać brandy i wnieść do gości płonący. Podajemy najlepiej polany sosem rumowym (jak na zdjęciu u góry).

Sos rumowy (Delii)

75 g masła
60 g mąki
500 ml mleka
50 g cukru pudru
3-4 łyżki rumu (lub więcej jak kto lubi)

Do rondla wlewamy mleko, dodajemy masło i mąkę i mieszając zagotowujemy. Zmniejszamy ogień i dodajemy cukier. Gotujemy kilka minut stale mieszając, a na koniec wlewamy rum, całość mieszamy i sos gotowy!
Tak wygląda pudnning już po ugotowaniu:


A oto efekt końcowy!


25 December 2010

Traditional English Christmas Cake - tradycyjne angielskie ciasto bożonarodzeniowe


Po wczorajszych kuchennych trudach dziś mam chwilę odpoczynku. To mój mąż będzie się kulinarnie popisywał przygotowując angielski Christmas Dinner czyli obiad bożonarodzeniowy. Poza tradycyjnymi ciasteczkami mince pies, które robię od lat, a w zasadzie od czasu naszych pierwszych Świąt na swoim, w tym roku postanowiłam upiec też tradycyjne angielskie ciasto bożonarodzeniowe. Żałuję tylko, że tyle lat czekałam z tą decyzją bo ciasto jest niesamowite! Ma cudowny aromat, jest wilgotne (a jakby miało nie być jak od 2 miesięcy podlewane było regularnie raz na tydzień obficie dobrą brandy), ma bogate wnętrze i wygląda niesamowicie! Nigdy nie przypuszczałam, że uda mi sie upiec takie cudo i do tego tak pyszne! Wszystkich zachęcam do wypróbowania a z pewnością się uzależniciie już z pierwszym kęsem - jak to było w moim przypadku :-) Do przygotowania tego ciasta posłużyłam się przepisem Delii.
Ciasto upiekłam jeszcze w październiku - co podyktowane było moimi wyjazdami ale zasadniczo powinno się piec o ile mnie pamięć nie myli - w ostatnią niedzielę przed Adwentem. Potem zamyka się ciasto w szczelnym pojemniku i pamiętać tylko należy by raz na tydzień je otworzyć i polać paroma łyżkami dobrej brandy. Ciasto nabierze wilgoci i niesamowitego aromatu! Parę dni przed samymi Świętami przykrywa się je marcepanem oraz lukrem i gotowe!
Przepis na foremkę o 20 cm średnicy.

Christmas Cake

450 g currants (rodzaj rodzynek - małe i ciemne)
175 g sułtanek
175 g rodzynek
50 g kandyzowanych wiśni pokrojonych drobno
50 g mieszanej skórki kandyzowanej (pomarańcza, cytryna, lemonka)
3 łyżki brandy (jedynie do ciasta, później potrzeba więcej na dokarmianie)
225 g mąki
1/2 płaskiej łyżeczki soli
1/4 płaskiej łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
1/2 płaskiej łyżeczki mixed spice (mieszanki przypraw dostępnej w sprzedaży w UK)
225 g masła
225 g cukru
4 duże jajka
50 g migdałów, obranych i posiekanych
1 łyżka czarnej melasy
skórka otarta z 1 cytryny
skórka otarta z 1 pomarańczy

Dzień wcześniej mieszamy bakalie i skórkę kandyzowaną, polewamy 3 łyżkami brandy, mieszamy, przykrywamy szczelnie folią i zostawiamy na noc.
Na drugi dzień nagrzewamy piekarnik do 140 C. Odmierzamy wszystkie pozostałe składniki. Przesiewamy mąkę i przyprawy,  w osobnym naczyniu miksujemy masło z cukrem aż uzyskamy jasna kremową barwę. jajka rozbijamy w osobnej miseczce, mieszamy widelcem i dodajemy do masy maślanej po troszeczku, i miksując dokładnie. Następnie dodajemy makę i mieszamy delikatnie. Na koniec dodajemy bakalie nasączone brandy, migdały, melasę i otarta skórkę. Po wymieszaniu składników, przekładamy masę do foremki. Ja po wysmarowaniu tortownicy masłem wyłożyłam dno foremki papierem do pieczenia oraz wycięłam pasek szerszy niż wysokość formy do wyłożenia boków (na wszelki wypadek bo ciasto ładnie wyrasta i zapobiega to też przyklejeniu się do ciasta papieru którym całość przykryjemy na czas pieczenia). Na koniec przykrywamy formę sporym podwójnym papierem do pieczenia w którym pośrodku wycinamy otwór wielkości monety 50 gr. Papier chroni ciasto w czasie długego procesu pieczenia.
Pieczemy ciasto na dolnej półce około 4 i 1/2 do 4 i 3/4 godziny. Nie zaglądamy do ciasta wcześniej niż po 4 godzinach pieczenia! Ciasto sprawdzamy patyczkiem. W razie potrzeby pieczemy dodatkowe 30 minut. Po wyjęciu z piekarnika zostawiamy ciasto na pół godziny w foremce by nieco przestygło po czym wyciagamy z tortownicy i przenosimy na kratkę do całkowitego wystudzenia. Jak ostygnie robimy kilkanaście otworów na powierzchni ciasta używając wykałaczki. Polewamy 3-4 łyżkami brandy, zawijamy w papier do pieczenia, obwiązujemy sznureczkiem i przekładamy do szczelnego pudełka. Zamykamy i pamiętamy by co tydzień polać paroma łyżkami brandy.
Tak wygląda ciasto po upieczeniu i "dokarmianiu":


a tak przykryte warstwaa marcepanu:


no i efekt końcowy - ciasto przykryte lukrem:


i udekorowane!


23 December 2010

Święta i życzenia!


Święta zbliżyły się wielkimi krokami :-) Obicywałam sobie zamieścić kilka przepisów w tym tygodniu ale jak to bywa po prostu nie zdążyłam. Ale po Świętach nadrobię wszystko! A będzie o czym! Upiekłam po raz pierwszy cudowne angielski ciasto świąteczne (Christmas Cake) z którego jestem dumna jak paw! Przygotowałam również pierwszy raz prawdzimy Christmas Pudding (ceramiczne naczynie zakupiłam jeszcze w marcu!), oczywiście upiekłam już kilka tuzinów pyszniutkich mince pies i upiekę ich jeszcze sporo! Od paru dni spędzam sporo czasu w kuchni na przygotowaniach, dziś kulminacją było robienie pierogów z kapustą i grzybami oraz uszek. To lubię najbardziej bo gdy gotowe są uszka i pierogi - wiem na pewno, że Święta już tuż tuż! Jutro ugotuję barszcz, upiekę chałkę, a tuż przed kolacją zrobimy rybę (jak zwykle nie będzie karpia - w tym roku cieszyć się będziemy pstrągiem!).
Zanim jednak oddam się świętowaniu chciałabym wszystkim, którzy tu zaglądają, życzyć spokojnych rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia oraz radości i wielu kulinarnych doznań w Nowym Roku!


17 December 2010

mixed vegetable curry


Kuchnia indyjska jest moją ulubioną. Oczywiście ma to związek z moją osobistą fascynacją tym krajem wynikającą między innymi z faktu, że spędziłam tam bardzo dużo czasu. Miałam okazje popróbować tej kuchni i w ulicznych knajpkach i w eleganckich restauracjach, no i oczywiście po prostu u ludzi w ich domach. Nigdy nie byłam rozczarowana i co więcej - wiem, że jeszcze długa droga przede mną i że czeka mnie wiele kulinarnych odkryć. Indie to ogromny kraj i w różnych jego częściach gotuje się różnie. Ja poznałam głównie kuchnię północno-indyjską i to nawet nie całą. Również i mój mąż uwielbia indyjskie jedzonko i wynikiem tej naszej kulinarnej pasji jest cała kolekcja książek kucharskich dotyczących właśnie kuchni indyjskiej. Choć obiecujemy sobie ciągle, że więcej książek kucharskich nie kupimy, bo nam życia nie starczy by wszystko wypróbować to i tak za każdym razem jak jedziemy do Anglii to nie możemy sie oprzeć i coś przywozimy. Tym razem padło na Gordona Ramseya i jego "Great Escape" (jego ulubione przepisy z kuchni indyjskiej) oraz "The Curry Book" - wypatrzona w Amazonie. Po przestudiowaniu obu nadszedł czas na czyny! I tak chciałabym podzielić się z Wami pysznym daniem wlaśnie z "The Curry Book". Może ktoś powiedzieć, że podobne już u mnie widział i to prawda. Niemniej jednak podobne to nie znaczy, że takie samo. Czasem potrawy wyglądają podobnie a smakują trochę inaczej. Wszystko zależy nie tylko od głównych składników ale przede wszystkim od dodatków - w tym od przypraw. I tu otwarcie powiem, że to curry warzywne smakowało nam ogromnie, smakowało tak jak smakuje curry w Indiach. Polecam! I po tym przydługim wstępie czas na przepis (ja odrobinę pozmieniałam warzywka - z lenistwa bo nie chciało mi się w te mrozy wychylać nosa z domu by jechać specjalnie na zakupy).

Mixed Vegetable Curry

6 łyżek oleju
ok. 2,5 cm długości kawalek cynamonu
3 goździki
2 ziarna czarnego pieprzu
2 ziarna kardamonu (zielonego)
1 duża cebula pokrojona w półplasterki
2 ząbki czosnku, rozgniecione lub posiekane
5 niewielkich ziemniaków obranych i pokrojonych na kawałki ok 2 cm (ja użyłam dyni piżmowej - ang. butternut squash)
3 marchewki pokrojone na kawałki ok. 2 cm
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka kurkumy
1/2 średniego kalafiora podzielonego na różyczki (nie miałam)
1 zielona papryka pokrojona na 2 cm kawałki (też nie miałam)
2 łyżeczki chilli (dałam 1 i było w jak dla mnie w sam raz ale jak ktoś lubi bardzo ostre to dać 2)
2 łyżki mielonej kolendry
1 łyżeczka cukru
1 szklanka wody (dałam nieco mniej)
400 g pomidorów z puszki (lub świeżych obranych ze skórki i pokrojonych na kawałki)
3 łyżki pure pomidorowego (dałam przecieru)
125 g mrożonego groszku
1/2 łyżeczki przyprawy garam masala

Rozgrzewamy w rondlu olej, dodajemy cynamon, goździki, ziarna pieprzu, kardamon, cebulę i czosnek i mieszając smażymy przez ok. 1 minute. Dodajemy ziemniaki, marchewki, sól, kurkumę, mieszamy i smażymy na średnim ogniu pod przykryciem ok. 10 minut - co chwilę mieszając (w razie potrzeby nieco zmniejszyć ogień). Dodajemy kalafior, zielona paprykę, chilli, kolendrę, cukier i wodę i gotujemy pod przykryciem 5 minut. Następnie dodajemy pomidory, pure pomidorowe i groszek i gotujemy dalsze 10 minut. Gdyby płynu było zbyt wiele gotujemy bez przykrycia tak by nadmiar wyparował i warzywa były pokryte gęstym sosem. Należy uważać by mieszać warzywa podczas gotowania delikatnie by nam się nie rozpadły i nie utworzyły miazgi.
Przed podaniem posypujemy po wierzchu szczyptą garam masali.
Podajemy z ryżem i/lub z indyjskimi chlebkami - ćapati.
Smacznego!


14 December 2010

krem z topinambura


Z naszego ostatniego wyjazdu na Wyspy przywieźliśmy kilogram korzeni topinambura inaczej zwanego słonecznikiem bulwiastym. W Anglii o dziwo roślinę tą nazywa się Jerusalem artichoke - jerozolimskim karczochem - nie ma ta roslina jednak nic wspólnego ani z Jerozolimą ani z karczochem. Pochodzi z Ameryki i jest spokrewniona ze słonecznikiem. Już od jakiegoś czasu chciałam spróbować jak smakuje i ogromnie się cieszę, że udało mi się kupić i przywieźć. Kilka bulw posadziliśmy na razie do doniczek i mamy nadzieję, że urosną i na wiosnę wysadzimy je na działkę, by mieć własne zbiory w przyszłym roku. Więcej informacji o warzywie można znaleźć w Wikipedii.
Z tego co czytałam to topinambura można wykorzystywać na różne sposoby - gotować na parze i podawać z masełkiem, piec, gotować (jak ziemniaki), przerabiać na zupy czy dodawać surowe do sałatek. Sama bulwa po obraniu ma biały kolor, jest delikatna w smaku i ma konsystencję kasztana wodnego czy młodej kalarepki. Ja postanowiłam przerobić to ciekawe warzywko na zupę krem. Przepis znalazłam na stronach BBC. Zupa jest prawie śnieżno biała, o łagodnym przyjemnym smaku.



Krem z topinambura

2 łyżki masła
2 cebule posiekane
2 ząbki czosnku, pokrojone
ok. 800-1000 g bulw topinambura, obranych i pokrojonych na kawałki
100 ml białego wina wytrawnego
800 ml wywaru drobiowego lub warzywnego
100 ml śmietanki
sól/pieprz

W rondlu rozpuszczamy masło i podsmażamy cebulę przez parę minut aż stanie się lekko szklista, dodajemy czosnek i podsmażamy jeszcze chwilę. Następnie dodajemy topinambura oraz wino i wywar oraz solimy do smaku. Gotujemy około 10 minut aż topinambur będzie miękki. Gdy zupa lekko przestygnie miksujemy blenderem. Dodajemy smietankę, mieszamy i doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Gotowe!